Czy Polacy to szaleńcy?

Nasza infrastruktura autostradowa wzbogaciła się o kolejny odcinek A1 (24 kilometry na Pomorzu). Radość kierowców nie ma granic. Niektórzy starają się pobić życiowe rekordy prędkości, prując ponad 200 km/h. Ciekawe, jak szybko jeździlibyśmy, gdyby w Polsce zniesiono limity prędkości?
By się o tym przekonać, przeprowadziliśmy sondaż. Pytaliśmy internautów, jak szybko prowadziliby auta w sprzyjających warunkach (dobra pogoda, znikomy ruch) poza miastem, gdyby nie obowiązywały odgórne limity. Spodziewaliśmy się, że najczęstszą odpowiedzią będzie 200 km/h i więcej. Nic podobnego. Niemal ośmiu na dziesięciu respondentów nie przekraczałoby 150 km/h. A 120-150 km/h to prędkość, z jaką - przyznajmy - wielu z nas zdarza się jechać, gdy jest sucho, widno i luźno. Prędkości "wariackie" wybrało ledwie kilka procent odpowiadających.

Złoty podział

Choć szaleńców nie brakuje, to - jak wynika z sondażu - większość kierowców zdaje się hołdować zasadom zdrowego rozsądku i dostosowania prędkości do warunków jazdy. Ale czy na pewno?

- Takie deklaracje dotyczą "siebie wyobrażonego", zgodnego z oczekiwaniami społecznymi - tłumaczy Andrzej Markowski, wiceprzewodniczący Stowarzyszenia Psychologów Transportu. - Jeżeli mój "ja wyobrażony" jest daleki od oczekiwań społecznych, to znaczy, że lekceważę innych, a wtedy ryzykuję, że zostanę odrzucony. Z drugiej strony nie chcę wyjść na fajtłapę. Więc mówię, że przestrzegam przepisów, ale nie do końca. Działa tu reguła "złotego podziału": przeciętny człowiek przekracza ograniczenia do mniej więcej jednej trzeciej wartości. Czyli tam gdzie jest ograniczenie do 40, jadę ponad 50; tam, gdzie 70, jadę niespełna setką, itd. Do tego mogę się przyznać, choć to nie znaczy, że rzeczywiście tak postępuję - mówi Andrzej Markowski. A zatem deklaracja to w dużej mierze realizowanie oczekiwań społecznych. Czy więc podobne sondaże nie mają znaczenia? Przeciwnie. - Deklaracje są cenne, bo obrazują nasze oczekiwania wobec innych kierowców - zwraca uwagę nasz ekspert. Jak widać, stosunkowo niewielkie przekroczenie prędkości nie jest dla nas niczym niewłaściwym i skłonni jesteśmy je tolerować. Ponieważ nie wszyscy jesteśmy szaleńcami, stosunkowo mało osób jeździ z prędkością 170-180 km/h. A przynajmniej krzywi się, gdy inni tak właśnie jeżdżą.

Norma normie nierówna

Polacy generalnie akceptują łamanie zasad, ale w pewnych granicach. - Nie jest to wolna amerykanka, jak na przykład w Rosji czy na południu Włoch - zwraca uwagę Andrzej Markowski. - Chodzi o to, czym jest dla mnie norma. Jeśli zwiększa moje poczucie bezpieczeństwa i komfortu, jestem skłonny jej przestrzegać. Ale tam, gdzie norma istnieje głównie po to, by pokazać, kto tu rządzi, wtedy odzywa się w nas sprzeciw i chęć jej lekceważenia. Widoczny jest wyraźny podział kulturowy: na Zachodzie i Północy prawo jest rzeczą świętą, bo zapewnia komfort bezpieczeństwa; im dalej na Wschód, tym wyraźniej daje się odczuć, że kto ma władzę, ten ma rację. Premier Finlandii musiał zapłacić niebotyczną karę za to, że jego kierowca jechał za szybko; w Polsce przyjęło się, że znane osoby nie płacą mandatów. Podobnie jest na południu Włoch. Zatem łamiąc normy, doznaję pewnej nobilitacji. Możliwość bezkarnego lekceważenia prawa jest potwierdzeniem mojej przewagi nad innymi.

Głowa i portfel

Deklarowane samoograniczanie kierowców wynika zresztą nie tylko z poczucia przyzwoitości. Po pierwsze, bardzo szybka jazda wymaga silnej koncentracji, a napięcie psychiczne na dłuższą metę okazuje się męczące. Przy prędkości 200 km/h nawet trzypasmowa autostrada potrafi wydawać się kręta, nierówna i wąska. Owszem, jedziemy szybciej, ale dojeżdżamy (lub nie) bardziej wyczerpani. Po drugie, wraz z prędkością niemal logarytmicznie rośnie zużycie paliwa, co już ma bezpośrednie przełożenie w wydatkach na stacji. Auto zadowalające się na co dzień 10 litrami paliwa na 100 km, sunąc 200 km/h zużywa go prawie dwa razy tyle. Różnice w spalaniu są największe w przypadku słabszych silników o niedużych pojemnościach.

Czy to znaczy, że ograniczenia nie są potrzebne i że potrafimy pilnować się sami? Wręcz przeciwnie. Inspektor Mariusz Wasiak z Wydziału Koordynacji Służb Prewencji Komendy Głównej Policji uważa, że choć kierowcy nie stosują się do ograniczeń w stu procentach, to znaki stanowią barierę psychologiczną. Kierowcy folgują sobie, ale bojąc się mandatu, nie jeżdżą z maksymalnymi prędkościami. A - jak twierdzą inżynierowie badający ruch drogowy - prędkość jazdy wpływa na liczbę ofiar. Czasem wystarczy jeden poważny wypadek, by wybuchło larum zwolenników obniżenia limitów. Ograniczenia szybkości to towar dużej wrażliwości społecznej i łatwo może stać się narzędziem walki politycznej.

Niebezpieczne wyrzutki

Z badań SPT wynika, że skłonność do ryzyka podejmowanego w celu pokazania wrogiego stosunku do reguł ograniczających swobodę działania, przejawia ledwie 5 proc. populacji. W sprzyjających warunkach odsetek ten rośnie do 20 procent. Gdy przy drogach zaczęły masowo wyrastać fotoradary, dał się odczuć niemal powszechny sprzeciw. Minęło trochę czasu i... przyzwyczailiśmy się - szare skrzynki coraz skuteczniej pełnią swą prewencyjną funkcję. - Łamanie norm jest domeną tych, którzy są niepewni siebie. Zwykle to osoby, które... unikają konfrontacji - mówi Andrzej Markowski. -Myślą: dać w zęby nie mogę, bo mi oddadzą, ale szybko pojechać - owszem. Z drugiej strony wiedzą, że skrajne łamanie przepisów to zachowanie naganne. Folgują sobie, ale nie całkiem, bo nie chcą zostaną wyrzutkami.