Lekcja pokory w szkole jazdy BMW

Automatycznie prowadzące się BMW 330I, nieokrzesane bączki w Z4 M Coupé czy porady samego Rauno Aaltonena. Na deser BMW 323i - rocznik 1977. Tak bawarski producent uczcił swoje 30-lecie szkoły doskonalenia jazdy.
Teraz już wiem, dlaczego w Monachium wylądowaliśmy poprzedniego dnia. Organizatorzy chcieli, byśmy do prób podeszli wypoczęci. I chwała im za to. Bo tych było bez liku. Wszystkie ciekawe, pouczające i wyczerpujące.

Miejsce akcji - sześć hektarów wydzielonych z płyty lotniska w Monachium. Ale prócz tego BMW ma swoje tereny treningowe w 30 krajach. Łącznie organizuje 44 różnych kursów doskonalenia - 23 dla kierowców BMW, 4 - Mini oraz 17 dla motocyklistów. Całość nadzoruje 120 instruktorów. Typy programów? Trening bezpiecznej jazdy torowej, ekonomicznej, terenowej czy zimowej. Te ostatnie odbywają się między innymi w szwedzkiej Anttili. Jeżeli nie lubisz chłodu, zapisz się na ośmiodniowy kurs off-roadu w Namibii. A gdy nie potrafisz wycisnąć ze swojej M3-ki ostatnich potów, BMW oferuje zaawansowany trening torowy. W trzech odsłonach: Advanced Training M, Intensive Training M oraz Race Track Fascination. Wszystkie odbywają się na profesjonalnych torach wyścigowych: Hockenheimring, Salzburgring, Nurburgring Sprint Track, Lausitzring, Spa-Francorchamps lub Valencia. Do wyboru. Ceny kursów zaczynają się od 145 kończą na 3850 euro.

Jazda na guzik

Poranek jest pogodny, a tor suchy jak wiór. Ruszam do pierwszego zadania. Koordynuje nim Klaudia Hurtgen, kobieta potrafiąca za kierownicą "dokopać" niejednemu facetowi. Co skutecznie udowadnia w niemieckiej serii wyścigowej VLN. W pracy jeździ wyścigowym Z4 M Coupé. Wsiadam do 330i. Na razie na fotelu pasażera. "Trójka" wydaje się całkiem zwyczajna. Jedynym wyróżnikiem jest napis na przedniej szybie "BMW Track Rainer". Jak bardzo się myliłem i jak bardzo efektowna była to jazda, dowiedziałem się już 10 sekund później. Ruszamy. Instruktorka naciska guzik na tajemniczej skrzynce przy konsoli środkowej i... puszcza kierownicę! Zaczęło się. Auto wyrwało do przodu po wąskim, technicznym torze. Klaudia zachowuje spokój. Ja przeciwnie, czuję, jak z każdym zakrętem serce bije mi mocniej. Po pierwszym okrążeniu odnajduję się w nowej sytuacji. Ale wtedy w pełni zrelaksowana Niemka podkręca tempo. Przy następnej rundzie również. Opony piszczą na suchej nawierzchni. Obijam się o brzegi fotela - prędkość w ciasnych zakrętach przekracza 100 km/h! A ona nawet nie chwyta kierownicy, nawet nie dotyka hamulca. Po kilku okrążeniach ponownie naciska guzik, deaktywuje urządzenie i wreszcie chwyta kółko. Zatrzymujemy się i ledwie żywy wysiadam.

Przez chwilę zastanawiam się, czemu to miało służyć. Dochodzę do wniosku, że jednak nauce. Urządzenie podłączone do układu kierowniczego i napędowego przejmuje stery i niczym automatyczny pilot samodzielnie prowadzi auto. Czym się kieruje? Idealną linią przejazdu zapisaną wcześniej przez komputer. I właśnie o nią tu chodzi. Teraz to ja będę musiał ją odnaleźć. Wynik doskonały to powielenie komputerowej linii w 100 procentach. Wsiadam do 330-ki, tym razem bez napisu "Track Trainer". Choć seryjna to ona z pewnością nie jest. Ma np. diody świecące na przednią szybę. Po trzy z każdej stronie kierownicy. Są niczym szczegółowa mapa. Informują kierowcę, gdy ten zboczy z idealnego toru przejazdu. W zależności od tego, z której strony zabłysną, w nią właśnie trzeba skierować auto. Robię kilka kółek. Co jakiś czas słyszę brzęczenie i widzę migające diody. Rezultat? Ponad 83 proc. zgodności. Nieźle, bo zdarzają się wyniki 30-40 proc., co - delikatnie mówiąc - oznacza "brak zmysłu orientacji".

Trzecim, ostatnim etapem jest analiza wszystkich przejazdów na ekranie komputera. Pouczająca, bo można je porównać z ideałem, do którego nikt się nie zbliżył.

Kolejne zadanie. Tym razem docenimy ESP, w autach BMW bardziej znane jako DSC (Dynamic Stability Control). Próba okazuje się nieco zmodyfikowanym "testem łosia". Słupki są ustawione dużo bliżej. Ustawiam się w kolejce "trójek" i czekam na swoją kolej. Ruchem kieruje dwukrotny mistrz serii WTCC - Andy Priulx. Ruszam. Pierwszy przejazd - 40 km/h, aktywne DSC. Dojeżdżam do przeszkody, dwa szybkie ruchy kierownicą, omijam ją i hamuję. Na razie nie czuję ingerencji elektroniki. Kolejne przejazdy to: 50, 60 i w końcu 70 km/h. Za każdym razem o niebo trudniej! Od sześćdziesiątki czuję, że DSC szaleńczo, ale skutecznie pracuje. Lampka na tablicy błyska czerwienią. Żadnego strącenia. Udało się. Ustawiony do kolejnego ataku przez głośnik słyszę, że to już ostatnia próba. Dobrze, zobaczymy, jak szybko da się pojechać. Rozpędzam się. Gdy mijam fotokomórkę, kątem oka widzę, że wskazówka szybkościomierza przekracza 70 km/h i wspina się dalej. Oj, będzie się działo! Przesadziłem? Zerkam w lusterko. Wszystkie słupki stoją jak wryte. Emocje opadają. Serce zwalnia. Przez ten sam głośnik słyszę okrzyk instruktora. Best result! 81,3 km/h! DSC się spisało. Na piątkę.

Potem wykład mistrza. Człowieka legendy. Jako pierwszy udowodnił, że można "wykręcić Aaltonena" - czyli wykonać pełny obrót na drodze niewiele szerszej od auta. Zwyciężył Rajd Monte Carlo i wiele innych. Teraz do dyspozycji też są BMW "trójki", ale odpowiednie do wieku instruktora. Zadanie - identyczne. Z tym że w pierwszej generacji 323i niemal nie było elektroniki. W tamtych czasach nikt nie marzył o ESP czy nawet o ABS. Próba kończy się potem na czole i wynikiem 47,3 km/h. Oto znak czasów.

Bąk zamiast driftu

Od kiedy podjęto decyzję o (wciąż deficytowym) projekcie, przez place testowe BMW przewinęło się ponad 200 tysięcy kursantów. Pierwsze zajęcia odbyły się 22 kwietnia 1977 roku z udziałem 20 osób. Autami treningowymi były wówczas 125-konne BMW 320i. Dziś trafiają się nawet 330 konne Z4 M Coupé. I takie właśnie auto zafundowało mi na koniec lekcję pokory. Dość poniżającą. Zadanie -wykonać jak najdłuższy drift po okręgu. Armatki wodne w ruch, czas jechać. Przypominam sobie porady instruktora - kick the pedal! Wjeżdżam w okrąg i wciskam gaz. Wystarczyła sekunda zwłoki, by podrasowana przez M GmbH Z4-ka wykręciła szybkiego bączka. Wcześniej miałem okazję podglądać specjalistę z BMW. Utrzymywał obroty w granicach 2000 na minutę. Ja tak zachowawczy być jeszcze nie potrafię. Kolejne próby są nieco lepsze. Ale równy połowie wynik nie zachwyca.

Z badań wynika, że 95 proc. wypadków to efekt błędu człowieka. Projekt BMW ma na celu zoptymalizować reakcje kierowców w sytuacji krytycznej. Do kursu przystępują wszyscy - młodzi i starzy. Zajęcia uczą podstaw (ustawienia kierownicy, fotela, układ rąk na kierownicy), ale również zaawansowanej jazdy torowej czy terenowej. Każdy znajdzie coś dla siebie. Ja znalazłem...

Zobacz trening kierowców w szkole jazdy BMW: