Toyota LandCruiser 4.0 V6

Czy opracowany na południu Francji wolny, ciężki, rodzinny samochód o ledwie czterech biegach i zawieszeniu przyprawiającym o chorobę morską może cieszyć się względami "Wysokich Obrotów"? Owszem, o ile jest tak dobry w terenie, że da się nim jeździć na azymut
249 KM, 175 km/h, 57 900 euro

100 lat temu Albert Adler sformułował "wolę mocy", zgodnie z którą niezadowoleni z siebie ludzie chętnie uciekają się do pewnej formy kompensacji, jaką jest pogoń za atrybutami władzy bądź mocy. I choć po pewnym czasie przestał się do niej przyznawać, jego "wola mocy" wydaje mi się wciąż żywa, a jej przejawy powszechne: od Lemskiego robiącego "wheele" na swoim potworze, po Kim Dzong Ila odbierającego defilady na swoją cześć...

Być może wszyscy podświadomie chcemy poczuć się mocniejsi, niż jesteśmy naprawdę? Jeśli tak, to Toyota ma doskonały lek na nadwątlone ego: nowego LandCruisera.

* * *

Owszem, po Warszawie kręci się ich trochę. Ale mało która wygląda równie rasowo, jak ta, którą przyprowadził Lemski: orurowana na maksa, z wielkimi halogenami i masywną wyciągarką wygląda jak współczesna machina oblężnicza.

Siadam za kółkiem. Drzwi zamykają się z przyjemnym plumknięciem. Fotel wygodny, ale znamy wygodniejsze (w naszym rankingu przewodzi Audi S4, Volvo S80T6 i... Zafira OPC). Przede mną za to najładniejsza deska rozdzielcza, jaką widziałem w terenówce. Obwiedziona aluminium konsola jest zgrabnie powyginana (patrząc z boku, ma kształt litery S) i nieźle wykończona. Logicznie pogrupowane przyciski otaczają siedmiocalowy kolorowy ekran dotykowy (w wersji Sol z pakietem Navi) umieszczony dokładnie na wysokości dużych elektroluminescencyjnych tarcz prędkościo- i obrotomierza. Powyżej kilka ekraników komputera podróżnego pokazujących ciśnienie, strony świata, wysokość nad poziomem morza itp.

Pod prawą ręką - jak Bóg przykazał - trzy dźwigienki: biegów, reduktora i ręcznego. Pierwsza na "D", druga na "H", trzecia w dół i wio.

Nagle... co tak łomocze? W lusterku widzę czarny kask.

- Czego chcesz? - z wysokości siodła Cruisera patrzę na Lemskiego jak ośmioklasista na siódmoklasistę.

- Zabrałbym się. Do babci.

Do babci! Z zaskoczenia nawet nie protestuję. Jedziemy za miasto. Przypominam sobie narzekania pewnego amerykańskiego dziennikarza na brak wystarczająco kiepskich dróg do oceny zawieszenia. "Wysokie Obroty" nie mają tego problemu. Leżąca przy samej redakcji ulica Czerska już w grudniu mogła służyć za plener do filmu "Przełomy Missouri". Niejeden kierowca przekonał się tu, że 20-centymetrowe wyrwy w asfalcie to najprostsze rozwiązanie paradoksu kwadratury koła.

Kryterium Czerskiej LandCruiser przechodzi zwycięsko: miękkie pneumatyczne zawieszenie kwituje większe nierówności łagodnym kołysaniem nadwozia.

W potoku aut Toyota czuje się jak (gruba) ryba w wodzie. Świetna widoczność, niezłe przyspieszenie i nawet zwrotność niczego sobie. Można by sądzić, że dwie tony wagi będą ciężkim wyzwaniem dla sześciocylindrowej benzynówki. Ale tabun 249 KM daje się w mig zapędzić do galopu. Kierowcy mniejszych aut są zdumieni łatwością, z jaką LandCruiser nabiera szybkości (9,5 sekundy do setki). A w środku cisza, spokój i błogie poczucie bezpieczeństwa. Ponoć to ostatnie jest przyczyną rosnącej popularności takich aut i nawet statystyki wskazujące na większe ryzyko wywrotki nie są w stanie podkopać powszechnej wiary w terenówki jako względnie bezpieczne pojazdy. Hasło "duży może więcej" przez swoją oczywistość wydaje się w LandCruiserze banalne.

* * *

Mijamy rogatki. Utwardzam zawieszenie pokrętłem na konsoli, ale albo ja jestem zbyt gruboskórny, albo układ niewydajny - wciąż jest bardzo miękko. Gdyby to było moje auto, dałbym opony o niższym profilu. Cóż...

Z pewnym niepokojem obserwujemy, jak mniej spostrzegawczy kierowcy pierzchają na boki, widząc w lusterku olbrzymie odbojniki i halogeny zawieszone na wysokości dachów ich aut. Z całej tej "armatury" prowadzący Toyotę dostrzega tylko halogeny, ale ten widok wyzwala w nim tyle samo adrenaliny co wystająca turbosprężarka w Interceptorze Mad Maksa.

Dodaję gazu. Kiedy LandCruiser szarżuje, wydaje się, że nic go nie zatrzyma. Wcale nie zmartwiłbym się, gdybyśmy natrafili na blokadę Samoobrony. Może jak dobrze poszukam, znajdę tu wyrzutnię rakiet Hellfire?

Ech, panie Adler... Szkoda, że nie doczekał pan tej chwili. Pewnie siedząc na moim miejscu nie porzuciłby pan tak rychło swojej "woli mocy"...

Skręcamy z szosy i klucząc coraz węższymi dróżkami, przeciskamy się między rachitycznymi płotkami. Mijamy wieś, jedziemy dalej. Teraz już wiem, po kim Lemski jest odludkiem. Wreszcie zza lasu wyłania się licha chatka. Patrząc na jej poczerniałe ściany, można pomyśleć, że są z piernika.

Mimo rozlicznych chorób babcia Lemska jest dość dziarska. - Galanta taksówka - pochwaliła Toyotę, gramoląc się do środka. Okazało się, że Lemski raz w tygodniu robi jej zakupy, a jak trzeba - zawiezie na nieszpory i gorzkie żale.

- Chyba nie Hayabusą? - upewniam się.

* * *

Jedziemy do rodziny babci, by tam wydobrzała. Od kiedy Lemski stracił motocykl, nie może odwiedzać jej wystarczająco często.

Po chwili zastanowienia zjeżdżam z drogi. Pojedziemy na przełaj - prosto w stronę szosy. Zwiększam prześwit, włączam reduktor i blokadę mostu, a potem jadąc na azymut, prowadzę Toyotę przez łąki, miedze i redlanki. A jeśli się zakopiemy? Choć samochodem rzuca na boki, niestrudzenie prze naprzód. Z ulgą dostrzegam, jak majaczące na horyzoncie sylwetki aut rosną z każdą minutą. Po kwadransie jesteśmy. Za nami dwa pojedyncze ślady przecinające bezkres śniegu i błota. Przed nami wysoka skarpa. Widząc, jak nacieram na niemal pionową łachę ziemi, babcia Lemska sięga po różaniec. Niepotrzebnie. LandCruiser jako pierwszy w świecie został wyposażony w HAC - system umożliwiający ruszanie pod górę na stromej i śliskiej nawierzchni. "Pstryk" i jedziemy. Sztuczny horyzont wskazuje nachylenie rzędu 35 stopni. Dałbym głowę, że jest więcej. Silnik odzywa się barytonem. By "ulżyć" Toyocie, wszyscy pochylamy się do przodu. Mam wrażenie, że jedziemy kolejką górską, z której ukradli szyny. Gdyby teraz auto się obróciło... Przypominam sobie o wyciągarce, ale jest za późno. Szczęśliwie docieramy na szczyt. Jeszcze chwila i po terenowej przygodzie pozostają tylko wspomnienia i rdzawe ślady błota na asfalcie.

* * *

- Huncwot był ci z niego, ale - chwalić Pana - spoważniał. Tylko że nosi się jak diabeł - podekscytowana wyprawą babcia Lemska raczy mnie opowieściami o wnuku.

Odstawiamy babcię do rodziny, by tam wydobrzała.

Przypominam sobie o autodromie. Musimy zdążyć przed zamknięciem.

Sprint przez miasto i próby na płycie obnażają słabości automatycznej skrzyni (jedynej dostępnej z takim silnikiem). To pięta achillesowa LandCruisera. Przełącza biegi miękko, ale o wiele za wolno. I dlaczego tylko cztery? Wszyscy najważniejsi konkurenci mają ich przynajmniej pięć.

Zbyt miękkie jak na potrzeby dynamicznej jazdy jest też zawieszenie. Choć każdy z amortyzatorów może być utwardzany z osobna, mam wrażenie, że dzieje się to nie dość stanowczo.

Aż nadto stanowczy jest za to układ VTC (stabilizacji toru jazdy), którego przedwczesne reakcje znacznie spowalniają szybkość jazdy na zakrętach. Mam wrażenie, że gdyby go wyłączyć, dałoby się zarobić przynajmniej dwie sekundy na każdych 100 metrach slalomu.

OK - jest ciężki, dławi go elektronika, spowalnia przestarzała skrzynia... A mimo to LandCruiser nie jest słoniem w składzie porcelany. Podejrzewam, że ktoś, kto nigdy nie prowadził dużej terenówki, szybko się do niego przyzwyczai. A określenie terenówka nie jest tu na wyrost. Konstrukcja ramowa, sztywna oś, reduktor, blokada centralnego mechanizmu różnicowego w połączeniu z mocnym silnikiem, regulowanym prześwitem, tyleż wyrafinowaną co pomocną elektroniką (oprócz HAC jest też DAC służący do bezpiecznego zjazdu ze wzniesienia), no i stałym napędem 4x4 pozwala mu wygrywać z terenem i konkurencją. Większość testów porównawczych dowiodła, że na twardym prowadzi się pewniej, a w terenie nie ustępuje autom innych marek i tu, i tam zapewniając wyższy komfort podróży. Jeśli komuś to nie wystarczy, powinien rozejrzeć się za jakimś niezbyt jeszcze przerdzewiałym UAZ-em.

Nieufny Lemski zafundował Toyocie swój własny test, z którego oboje wrócili brudni jak święta ziemia. Mroczek opowiadał coś o półmetrowych koleinach, pękających konarach, wyciu silnika i wyciągarki. Na szczęście po umyciu auta okazało się, że wszystko jest na swoim miejscu.

* * *

Ponieważ przez kilka kolejnych dni jak na złość nie napotkaliśmy żadnej blokady Samoobrony, którą moglibyśmy rozbić, uznaliśmy megatest za zakończony. Oddanie samochodu dilerowi, traktowane zwykle jako przykry obowiązek, tym razem każdy chciał wziąć na siebie: Mroczek, Lemski i Sołtysik. W trosce o morale uznałem, że najlepiej będzie, jak zrobię to sam.

W drodze wspominałem moją pierwszą, niezbyt udaną przejażdżkę Toyotą, kiedy rok temu nie wytrzymałem i zatrzymałem się przy jednym z salonów. To była wersja 3.0 D-4D ze 163-konnym turbodieslem. Długo syciłem się jej ponętnymi kształtami, aż w końcu przekręciłem kluczyk. Cóż za zawód! Tak plebejski dźwięk w tak szlachetnym aucie? Zupełnie, jakby tuż przed pocałunkiem z piękną nieznajomą ta nagle wyjęła sztuczną szczękę. Brrr! Ktoś, kto płaci ponad 50 tys. euro, zasługuje na więcej niż klekot czterocylindrowego diesla. Benzynowa V6 to już zupełnie inna sprawa. Jeśli jej właściciela boli głowa, to z innego powodu: średnie spalanie, które w mieście grubo przekracza 20 litrów, a poza nim owszem spada, ale jakoś nigdy do deklarowanych 13,5 litra.

Według mnie wymarzony dla tego samochodu byłby ośmiocylindrowy turbodiesel o pojemności - powiedzmy - 4,5 litra. Z braku laku można by tu przeszczepić R6 4,2 TD z nieco niezgrabnego LandCruisera 100. Problem w tym, że taka kombinacja jest w japońskich samochodach nieznana - czy w tej Toyocie, czy w pozornie podobnym jak słoń indyjski do afrykańskiego Mitsubishi Pajero możesz liczyć tylko na cztery cylindry. Dlaczego? Cóż, jak mawiał Alfred Adler "człowiek wie więcej, niż jest w stanie zrozumieć"...

Więcej o: