Nauka jazdy | Czego uczą a nie powinni - część I

Lekcja pierwsza. Niedostosowanie prędkości do warunków jazdy - ulubiona formułka policjantów tłumaczących przyczyny wypadku jest prawdziwa tylko w połowie. Jej poprawna wersja powinna brzmieć: niedostosowanie prędkości do umiejętności
Pole manewrowe. Białe linie, morze tyczek, żółwie tempo. Na brzegach znudzeni instruktorzy, pośrodku stremowani kursanci. Po raz enty parkują, cofają, zawracają. Oby tylko nie za daleko i nie za blisko. Nie trącić słupka, nie przeciąć linii. No i w końcu zdać egzamin

Znajoma poległa na manewrach trzy razy, nim zdała. I owszem, parkowanie opanowała. Ale jadąc z nią przez miasto, odkryłem, że ona wciąż nie umie jeździć. W świecie realnych prędkości, latarni i pieszych zwyczajnie sobie nie radzi. Ruszanie, zmiana biegów, wyprzedzanie - niemal wszystko robi źle! Źle włącza się do ruchu, źle pokonuje nierówności, źle operuje gazem. Jechaliśmy wolno, a mimo to niebezpiecznie. Dwa razy zajechała komuś drogę, raz wymusiła pierwszeństwo. Nim wjeżdżając na krawężnik zgięła felgę, kilka razy została obtrąbiona. Niestety, słusznie.

Takich kierowców jest mnóstwo. Codziennie spotykam ich w drodze do pracy. Niektórych rozpoznaję z daleka. Jadą nieadekwatnie do sytuacji, często bez świateł lub na drogowych, z niedomkniętymi drzwiami, źle ustawionymi lusterkami czy bez sensu migającym kierunkowskazem. Gdy wyjeżdżają z podporządkowanej - za nimi tworzą się korki. Okupują lewy pas na długo przed zaplanowanym skrętem. Zabierają się do wyprzedzania nie patrząc w lusterko. Skręcają w podporządkowaną, niemalże stając i blokując pas, na którym jechali. Ich reakcje są zwykle spóźnione, przesadzone lub zwyczajnie głupie. A najśmieszniejsze, że na koniec krzywo parkują, tak jakby chcieli odreagować egzaminacyjną traumę.

Z drugiej strony trudno im się dziwić. Wiele z nich jest ofiarami kursów na prawo jazdy. A ściślej wydumanego, nieprzystającego do rzeczywistości, słowem idiotycznego programu szkolenia. Uzbrojeni w wiedzę, jak parkować, cofać i zawracać, by nie przeciąć linii i nie trącić tyczki, rzucają się wielkomiejski ruch. Wprowadzają zamieszanie, stwarzają niebezpieczeństwo. Nie mają pojęcia, jakie siły rządzą autem na zakręcie, jak hamować biegami, jak jeździć ekonomicznie. Co to znaczy być przewidywalnym na drodze. Jak reagować na widok pędzącego ambulansu. Jak bezpiecznie wyprzedzać, jak poruszać się po trasie szybkiego ruchu i autostradzie. Owszem, żadne szkolenie nie zrekompensuje w pełni wrodzonego braku refleksji, koncentracji, spostrzegawczości czy - nazwijmy rzecz po imieniu - inteligencji. Ale modyfikując jego program tak, by bardziej odpowiadało rzeczywistości, może uczulić młodego kierowcę na pewne niebezpieczeństwa, nauczyć trafnej oceny sytuacji, wyrobić właściwe, a przynajmniej nie dopuścić do utrwalenia złych nawyków.

Wyprzedzanie

Najtrudniej wykonać je wtedy, gdy jedziemy tuż za pojazdem, który chcemy wyprzedzić. Z dwóch powodów: ograniczona widoczność: zerowa różnica prędkości. Rozwiązaniem obu problemów jest wyprzedzanie z marszu. Przykładowo. Z prędkością 90 km/h zbliżamy się do ciężarówki jadącej 60 km/h. Już 100-200 metrów wcześniej obserwujemy, co dzieje się na lewym pasie. Jeśli jest pusty, włączamy kierunkowskaz i zbliżamy się do środka jezdni. Jeśli nie - zwalniamy i utrzymujemy około 50-100-metrowy dystans do ciężarówki (na rozbieg) - wyczekując stosownej chwili. Gdy ta nadejdzie -wciskamy gaz i postępujemy jak wyżej. Dzięki temu wszyscy wszystko widzą. My ciężarówkę i lewy pas. Kierowca ciężarówki - nas. Podobnie jak i nadjeżdżający z przeciwka, którego wcześniej nie dostrzegliśmy. Chodzi o to, by zredukować ryzyko, że ktoś kogoś zaskoczy: kierowca ciężarówki swobodnie wyprzedzi rowerzystę (lub przyhamuje), zamiast spychać nas z jezdni. Jadący z przeciwka nie będzie musiał hamować na poboczu, my nie będziemy w popłochu chować się za ciężarówkę. Wszyscy mają więcej czasu na reakcję. Cały manewr skraca się do minimum. Tak wyprzedzając, nie nałykamy się ani strachu, ani spalin. A przy okazji oszczędzamy hamulce i paliwo.

Ruszanie szybkie i pewne

Niby banalne, a jednak bywają z tym problemy. Przekonałem się o tym, stojąc za w sznurze aut za panią usiłującą skręcić w lewo z Alei Krakowskiej w stronę Pęcic. Ponaglana klaksonami w końcu ruszyła. Niestety, zbyt gwałtownie. Zdusiła silnik i auto znieruchomiało na środkowym pasie

By oszczędzić sobie takich emocji, warto poćwiczyć. Najlepiej na jakimś placyku i z osobą towarzyszącą. Na jej komendę staramy się jak najszybciej ruszyć i przejechać 10-15 metrów. Czyli tyle, ile szerokości ma dwujezdniowa trzypasówka. Nie wszystkie skrzyżowania na takich drogach mają światła, dlatego skręcając w lewo, jesteśmy zdani wyłącznie na siebie. Im krócej zabawimy na pasach aut jadących z przeciwka, tym większe szanse, że nikomu nie stanie się krzywda. Wszystko jest kwestią proporcji gazu, sprzęgła, a czasem i hamulca. A więc treningu. Pamiętajmy, że na śliskiej jezdni, zwłaszcza auta przednionapędowe będą miały tendencję do buksowania. I nawet z systemem ASR (przeciwdziałającym poślizgowi kół przy ruszaniu) nie wystartujemy tak szybko jak na suchej nawierzchni.

Treningu wymaga też szybkie ruszanie samochodem ze skrzynią automatyczną. Takich aut jest coraz więcej. By okiełznać ich tendencję do pełzania, zwykle stoimy na skrzyżowaniu z wciśniętym hamulcem. Nim przeniesiemy prawą stopę na prawy pedał i wdusimy gaz, mija sekunda. Nim silnik "się zbierze" i auto ruszy - mija druga. W tym czasie jadące z przeciwka auta mogą zbliżyć się nawet o 60 metrów. Zostanie niewiele czasu, by bezpiecznie dokończyć manewr. Jak temu zaradzić? Zaangażować lewą nogę - niech ona obsługuje hamulec na postoju. A więc wciskamy lewy pedał lewą stopą, podczas gdy prawą z u m i a r e m dodajemy gazu. Auto powinno lekko drgnąć, ale nic ponadto. W stosownej chwili jednocześnie i zdecydowanie wciskamy gaz i puszczamy hamulec. Auto ruszy w ułamku sekundy, a cały manewr skróci się mniej więcej o połowę. To prostsze niż się wydaje.

To trzeba zmienić

Tomasz Goszczyński - kierownik poznańskiego Ośrodka Szkolenia Kierowców "Lider"

Zmiany w systemie szkolenia kandydatów na kierowców są konieczne. Dotyczy to wszystkich kategorii prawa jazdy. Oprócz zwiększenia ilości godzin szkolenia zarówno praktycznego, jak i teoretycznego, należy zwiększyć nacisk na przygotowanie psychologiczne i emocjonalne. Wielu kandydatów na przyszłych kierowców zwyczajnie nie dojrzało do otrzymania takich uprawnień. Powiem więcej, jako praktyk obserwuję, że nie wynika ona wcale z wieku kandydatów. Trzeba także zwrócić uwagę, że formuła samego egzaminu powoduje, iż wiele ośrodków szkolenia nie uczy faktycznie jazdy, tylko przygotowuje kursantów do mechanicznego zdania egzaminu. Niestety trudno nazwać to nauką jazdy samochodem. Zmiana tego elementu będzie wymuszała zatem zmiany w metodach dydaktycznych. Myślę, że dobrym pomysłem jest wprowadzenie nowego systemu sprawdzania wiedzy teoretycznej u przyszłych kierowców. Pozwoliłoby to chociażby na wyeliminowanie szkół, które nie stosują się do obowiązku prowadzenia takich zajęć. I mimo, że wiele osób właśnie to szkolenie lekceważy (dotyczy to szkolonych i szkolących), to prawidłowe przygotowanie teoretyczne pozwala na lepsze wykorzystanie czasu na praktykę.

Chciałbym przywołać w tym miejscu jeden przykład: kierowca pojazdu powinien rozwiązać problem pierwszeństwa przejazdu przez skrzyżowanie zanim na nie wjedzie, chociażby poprzez rozpoznanie znaków i sygnałów drogowych. Rodzi się więc pytanie - jak adept ma to zrobić skoro tych sygnałów nie rozumie? I jeszcze jedno: nowe projekty wskazują na możliwość szkolenia przez opiekunów. Osobiście uważam, że to chybiony pomysł. Obecnie zauważyć można, że na rynku istnieje wiele szkół i ośrodków nauki jazdy, nad którymi brakuje nadzoru. Ich absolwenci reprezentują bardzo różny poziom. Jeśli projekt znajdzie poparcie, kto będzie miał kontrolę nad opiekunami?

W następnych odcinkach:

jak pokonywać zakręty, nierówności i przeszkody, jechać autostradą, hamować biegami, jechać ekonomicznie i wyprowadzać auto z poślizgu

JAZDA PO POLSKU w Moto.pl - zajrzyj do sekcji