Zobaczymy kiedyś elektrycznego Lancera Evolution? Hiroshi Masuoka: "Kto wie, może nawet będzie miał cztery niezależne silniki"

Wywiad z Hiroshim Masuoką to dla mnie duże przeżycie. Jest kierowcą rajdowym od 1987 roku związanym z Mitsubishi Motors, ikoną rajdu Dakar, jego dwukrotnym zwycięzcą i 21-krotnym uczestnikiem.

Łukasz Kifer, Moto.pl: Na początku chciałbym Panu coś pokazać. To są zdjęcia, które zrobiłem Waszej załodze (Hiroshi Masuoka-Pascal Maimon) na rajdzie Dakar w 2007 roku. Już wtedy był Pan dla mnie legendą. Czekałem 12 lat żeby je pokazać. Tutaj jest na przykład Pan i Luc Alphand

Hiroshi Masuoka: Super, Luc Alphand był u mnie w Japonii cztery tygodnie temu, cały czas mamy ze sobą kontakt.

Hiroshi Masuoka na Rajdzie Dakar w 2007 r.Hiroshi Masuoka na Rajdzie Dakar w 2007 r. fot. Łukasz Kifer

Zrobiłem te zdjęcia na ostatnim rajdzie Dakar zorganizowanym w Afryce. Jak się Pan czuł, kiedy gruchnęła wiadomość, że następny rajd się nie odbędzie?

Oczywiście nie była to przyjemna wieść. W ciągu poprzednich tygodni bardzo ciężko trenowałem. Starałem kontrolować przygotowania do rajdu, zarówno samochodu jak i własnego organizmu. Kosztowało to wiele wysiłku i pieniędzy, więc rozczarowanie było wielkie.

Dwa dni przed startem, Rajd Dakar 2008 został odwołany i nigdy nie wrócił na czarny kontynent. Co Pan sądzi o utrzymaniu nazwy Dakar, podczas gdy rajd przestał być organizowany w Afryce? Przecież nie ma takiego miasta w Ameryce Południowej, ani Arabii Saudyjskiej. Czy dalej zasługuje na to, aby nazywać go Dakarem?

Dla mnie Dakar to nie miejscowość tylko hasło - oznacza najwyższy poziom konkurencji w rajdach cross country. Nie przeszkadza mi używanie nazwy Dakar, bo ona pokazuje, że niezależnie od tego gdzie jest rozgrywany, nadal reprezentuje najwyższy poziom off-roadu. Bardziej niż na lokalizacji zależy mi na bardzo wysokim, wyczerpującym poziomie rywalizacji. Oczywiście wraz z lokalizacjami nieco zmienia się charakter rajdu.

Chociażby ukształtowanie terenu - pustynia Atakama jest inna niż Sahara, prawda?

Zgadza się, w przyszłym roku rajd zostanie zorganizowany na Bliskim Wschodzie, gdzie głównym problemem są wydmy. To będzie wyjątkowo piaszczysty rajd.

Wróćmy do Afryki. Na pierwsze zwycięstwo musiał Pan czekać bardzo długo. Czy było warto? Co dało większą satysfakcję – samo uczestnictwo i docieranie do mety, czy upragniona wygrana?

Wygranie rajdu zajęło mi tyle czasu, bo najważniejszym ze wszystkich składników były: moje doświadczenie i sukcesywne gromadzenie wiedzy technicznej potrzebnej do skonstruowania samochodu. Nasze podejście do rozwoju samochodu wyglądało zupełnie inaczej niż konkurentów, na przykład Peugeota. Oni po prostu budowali od podstaw specjalny pojazd, tylko pod kątem Dakaru. W Mitsubishi zaczęliśmy od rozwijania seryjnie produkowanego samochodu i wprowadzaliśmy w nim kolejne modyfikacje.

W takim razie, czy to doświadczenie jest najbardziej istotną cechą kierowcy mierzącego się z rajdem Dakar? Czy może bardziej istotne są inne cechy, takie jak talent do jazdy, forma fizyczna i psychiczna? Co jest kluczowe, żeby być konkurencyjnym w Dakarze?

Zdecydowanie forma fizyczna, bo to bardzo wyczerpujący rajd. A zaraz po niej nastawienie psychiczne.

Oprócz Dakaru brał Pan udział w wielu innych rajdach cross country, ale nie tylko w nich. Wziął Pan udział w "wyścigu do chmur" na słynny szczyt Pike's Peak. Nie tylko jako kierowca, ale i dyrektor zespołu, kiedy w 2014 r. wygraliście klasę pojazdów elektrycznych. Jak taką konkurencję porównać z Dakarem? Bo ja sobie wyobrażam, że to jest sprint na 100 m dla maratończyka. Czy udział w tym wydarzeniu był trudny? A może sprawił Panu przyjemność?

Sprawił mi ogromną przyjemność, bo szczerze mówiąc bardzo lubię sprinty. W Pike's Peak podobały mi się wysokie prędkości i równie duże ryzyko. Popełnisz jeden błąd i możesz wylądować sto metrów niżej. To wyścig, który nie toleruje pomyłek.

Startowaliście elektrycznymi Mitsubishi MiEV Evolution. Co sądzi Pan o elektrycznych samochodach ogólnie? Czy tak będzie wyglądać przyszłość normalnych kierowców?

Wierzę w taką wizję przyszłości, a doświadczenie zebrane w sportach motorowych pomoże ją zrealizować koncernowi Mitsubishi Motors i stworzyć samochody elektryczne, gotowe do produkcji seryjnej. Opracowanie elektrycznego pojazdu do startu na Pike's Peak zajęło nam trzy lata. Była w nim skoncentrowana cała zaawansowana technologia, jaką wtedy udało nam się stworzyć.

Miał cztery silniki elektryczne, po jednym na każde koło i musieliśmy opracować system, który pozwoli nimi równocześnie sterować przy pomocy dwóch pedałów i kierownicy. Wówczas wymagało to bardzo zaawansowanej technologii. Efektem był samochód nie tylko bardzo szybki, ale i bezpieczny. Rzeczywiście udało się nam przy jego pomocy wygrać wyścig.

To było skomplikowane urządzenie z wieloma elementami, które trzeba jednocześnie kontrolować: przepływ energii elektrycznej, inwertery, silniki, akumulatory. Dzięki temu doświadczeniu Mitsubishi rozwinęło technologię zintegrowanego sterowania niezależnymi jednostkami napędowymi, ich momentem obrotowym.

Czy to doświadczenie pozwoli wyprodukować elektryczny samochód dla nas, śmiertelników?

Tak sądzę, przede wszystkim ważna jest gwarancja bezpieczeństwa. Taki napęd musi zachowywać się poprawnie i skutecznie w każdych warunkach. Moment obrotowy musi być łatwy do kontroli, zwłaszcza w sytuacji ograniczonej przyczepności, na przykład podczas jazdy zimą po ośnieżonych drogach. Oczywiście inne firmy też mają swoje rozwiązania, tylko że one zazwyczaj używają czujników i układu hamulcowego do redukowania nadwyżki momentu obrotowego. Technologia Mitsubishi pozwala efektywniej kontrolować moment silnika – nie trzeba go dławić i marnować energii. Taki napęd znacznie lepiej sprawdza się w samochodach sportowych z napędem na cztery koła.

Super, to może kiedyś zobaczymy elektrycznego Lancera Evolution?

Kto wie, może nawet będzie miał cztery niezależne silniki.

Przez znaczną część zawodowej kariery był Pan związany z Pajero, obecnie jednym z ostatnich prawdziwych samochodów terenowych? Czy to nie smutne, że w tym roku Mitsubishi kończy produkcję tego legendarnego modelu?

Troszkę tak, ale koniec produkcji Pajero nie oznacza porzucenia rozwiązań, które przez dziesięciolecia były w nim rozwijane. One będą żyły w innych modelach Mitsubishi.

Również w nowoczesnym SUV-ie z prawdziwym napędem 4x4?

Jeśli na taki model znajdzie się klient, to czemu nie, ale Mitsubishi nie opracuje samochodu, na który nie ma rynkowego zapotrzebowania.

Dziękuję bardzo za tę wyjątkową okazję do rozmowy.

Więcej o: