Rolls-Royce Wraith | Test | Naczelny o czymś zapomniał

Piotr Kozłowski
Jak to jest testować samochód za 1,5 mln zł, za którego szkody odpowiadasz finansowo? Dzięki swojemu naczelnemu miałem okazję się o tym przekonać

Są takie kraje, w których jeśli wygrasz na loterii, przydzielą ci psychologa. Wszystko przez to, że często powtarzającym się scenariuszem są depresja i samobójstwo. Ci, którzy nagle zdobywają fortunę, nagle ją też tracą, a to kończy się tragicznie. Ja przez chwilę poczułem się, jakbym wygrał na loterii. Dostałem kluczyki do najmocniejszego Rolls-Royce'a w historii, od naczelnego słysząc: - Lecisz do Wrocławia, skąd przejedziesz się do Monachium. Zapomniał wspomnieć, że umowa użyczenia samochodu nie przewidywała stłuczek i wypadków. Usiadłem za kierownicą wartego 1,5 mln zł Wraitha, nieświadomie odpowiadając finansowo za ewentualne szkody. Podróży nie przepłaciłem ani depresją, ani katastrofą finansową. To było jedno z najprzyjemniejszych doznań motoryzacyjnych, jakich doświadczyłem.

Rolls-Royce dla młodych

Wraith to nowy rozdział w historii Rolls-Royce'a. Co prawda wcześniej debiutujący model Ghost odmłodził klientelę i wizerunek marki, ale Wraith rozszerzył grupę docelową o bogaczy, którzy nie chcą siedzieć za plecami szofera, a wolą sami prowadzić swoje auto. Brytyjczycy mówią, że ich jedyne coupe w gamie zostało stworzone dla młodych ludzi, którzy nie osiągnęli jeszcze pięćdziesiątki. To kierunek, który nazwano more performance, less pomp (więcej jazdy, mniej pompy). Za jego sprawą w ostatnich latach Rolls-Royce notował na niektórych rynkach (np. w USA) trzycyfrowe wzrosty. Rolls przestał już być marką dla podstarzałych arystokratów. Otworzył się na nowe, dobrze na tym wychodząc i nie tracąc nic ze swojego charakteru.

Pod długą, połyskującą maską Wraitha pracuje benzynowy silnik V12 o mocy 624 KM. Brytyjczycy od początku nie ukrywali osiągów auta, chwaląc się, że Wraith rozpędza się do pierwszej setki w 4,6 s. Dawniej tego typu dane klientów Rolls-Royce'a nie interesowały. Flagowego Phantoma kupowało się na prestiżu, luksusu i wyjątkowości. Jego właściciele i tak najczęściej nigdy go nie prowadzili, oddając tę przyjemność szoferowi. W przypadku Wraitha jest inaczej. Tu liczą się emocje płynące nie tylko z pietyzmu mistrzów rękodzieła, którzy wyszywali wnętrze najwyższej jakości skórą, ale też z dźwięku wydobywającego się z chromowanych rur wydechowych.

We wnętrzu Wraitha czujesz się jak w aucie z innej epoki. Wieniec kierownicy jest duży i wąski. Dziś nikt już takich nie robi. Przełożenia automatycznej skrzyni biegów zmieniasz wajchą umieszczoną pomiędzy kierownicą a eleganckimi zegarami o klasycznym wzorze. Deska rozdzielcza to mieszanka połyskującego drewna, aluminiowych akcentów i chromu pokrywającego detale. Od tego otoczenia wyraźnie odstają jednak plastikowe pokrętła do regulacji klimatyzacji. Te elementy nie powinny znaleźć się w tak ekskluzywnym towarzystwie.

Prawdziwy Rolls-Royce

Wraith pomimo sportowego nadwozia i osiągów absolutnie nie jest autem sportowym. Tu wciąż - jak w każdym innym Rolls-Roycie - na pierwszym miejscu stawiany jest komfort. Zawieszenie jest tak sprężyste, że po najechaniu na nierówność masz wrażenie, jakbyś usiadł na łóżku wodnym. Nawet Bentley nie robi tego tak dobrze. Jednak przy wyższych prędkościach pojawia się problem.

Jeśli pod maską samochodu, którym podróżujesz, pracuje 624-konne V12, a ty właśnie znalazłeś się na niemieckiej autostradzie, na której limity prędkości wyznacza twoja odwaga albo brak wyobraźni, na pewno sprawdzisz, jak szybko możesz osiągnąć maksymalną prędkość, którą ograniczono do 250 km/h. Pierwsza setka to kwestia nieco ponad 4,5 s. Dzięki ogromowi materiałów, które nie dopuszczają do wnętrza żadnych dźwięków, przy stu na godzinę czujesz, jakbyś nie osiągnął jeszcze pięćdziesiątki. Silnik jest tak elastyczny, że bez względu na obroty, wciśnięcie gazu w podłogę powoduje natychmiastową reakcję. Przy dwustu na godzinę zaczynasz zdawać sobie sprawę, że zawieszenie i układ kierowniczy nie zostały stworzone po to, by Wraithem bić rekordy prędkości. Dwieście pięćdziesiąt zarezerwowane jest dla najbardziej wytrwałych - przy takiej prędkości Rolls-Royce nie czuje się jak ryba w wodzie. To nie jest jego naturalne środowisko. Jednak trudno nie oprzeć się wrażeniu, że silnik potrafi znacznie więcej. Nawet powyżej dwustu kilometrów na godzinę wskazówka prędkościomierza dynamicznie wędruje coraz wyżej.

Nie dla ceniących anonimowość

Podróż Rolls-Roycem przemawia do twojej próżności. Wyglądasz w nim jak syn nadzianego potentata naftowego, ale i tak przyciągasz wzrok jak gwiazda kina. Lubiący się wyróżniać będą w siódmym niebie. Jeśli w samochodzie, który właśnie cię mija, siedzi kobieta, na jej twarzy pojawi się uśmiech. Jeśli siedzi sam mężczyzna, jego twarz wykrzywi grymas zazdrości. Jeśli zaś za kółkiem siedzi mężczyzna, a obok niego kobieta, facet w ogóle nie zwróci na ciebie uwagi, irytując się ekscytacją swojej drugiej połówki. Na początku to nawet cieszy, później tęsknisz za anonimowością. Ale kto kupuje Wraitha, chcąc pozostać niezauważonym?

Summa summarum

Rolls-Royce Wraith to prawdziwy Roll-Royce, ale w młodzieńczych szatach. Piękny, luksusowy, arcykomfortowy. Jego zakup to zapis do ekskluzywnego, choć już nie tak hermetycznego środowiska jak dawniej. Wraith to najpiękniejszy z Rollsów. Przyciąga wzrok i przy wyższych prędkościach podnosi poziom adrenaliny. Rozstając się z nim nie miałem wrażenia utraty czegoś wyjątkowego. Czułem się bogatszy o przeżycia, których nie da się przeliczyć na pieniądze. Moja wygrana na loterii nie zakończyła się depresją. Wszystko dzięki naczelnemu, który po zakończeniu testu przypomniał sobie o drobnym szczególe, który mógł mnie kosztować 1,5 mln zł.

Gaz

Fenomenalny wygląd, ekskluzywność, arcykomfortowe zawieszenie, luksusowe wnętrze i detale, silnik V12 o wręcz nieograniczonym potencjale

Hamulec

Dżentelmeni o tym nie rozmawiają

W pojedynku Bentleya z Rolls-Roycem twoim numerem jeden jest:
Więcej o: