Skoda Fabia RS | Długi dystans - 16 tys. km

Po kilku tygodniach obcowania z naszą długodystansową Fabią postanowiliśmy poddać ją prawdziwie... długodystansowej próbie. Przy okazji sprawdziliśmy, ile wart jest symbol RS na klapie bagażnika. Cel? Legendarna Passo dello Stelvio - zdaniem wielu jedna z najfajniejszych, dających największą frajdę z jazdy dróg na świecie

Tak się złożyło, że wcześniej nie zaglądałem do bagażnika naszej Fabii. Trudno nazwać go przepastnym, ale na tygodniowy męski wyjazd 315-litrowy kufer powinien wystarczyć. Pakuję do środka toboły, ostatnie spojrzenie na mapę, antena na dach i w drogę. Zanim przekroczę granicę kraju czeka mnie prawie 500 kilometrów. Na polskich drogach usportowiona Fabia nie rozpieszcza. Twarde siedemnastki, obute w gumowe naleśniki w rozmiarze 205/40 skrupulatnie informują o każdej nierówności na drodze. Wieczorem docieram do granicy z Niemcami. Tankuję auto pod korek przy okazji sprawdzając poziom oleju. Tuż przed wyjazdem Fabia odwiedziła serwis na pierwszy obowiązkowy przegląd (Skoda Fabia RS | Długi dystans - 15 tys. km). Zanim trafiła na rutynowe badanie "wypiła" dodatkowy litr oleju silnikowego. Mechanicy uspokoili nas, że to normalne i po zmianie płynów wszystko wróci do normy. I rzeczywiście tak jest. Poziom oleju na bagnecie jest wzorowy. Uspokojony zamykam maskę i wracam za kółko.


W poprzednich odcinkach:
Skoda Fabia RS - start

Skoda Fabia RS - 5 100 km

Skoda Fabia RS - 7 500 km

Skoda Fabia RS - 11 395 km
Skoda Fabia RS - 15 000 km

Za Odrą rozpoczyna się zupełnie nowy rozdział podróży. Tempomat, który w Polsce właściwie nie ma zastosowania, na gęstej sieci autostrad staje się prawdziwym przyjacielem. I jak każdy przyjaciel, także ten ma kilka wkurzających cech. W większości aut prędkość można ustawić wybierając konkretną wartość, tu niestety muszę ustalać ją na oko. Cierpliwości wymaga też ewentualna korekta - nieważne, w górę czy w dół. Wciskam guzik i czekam, aż Fabia dojdzie wreszcie do wniosku, że przycisku nie musnąłem przypadkiem. Niby drobiazg, a razi.

O denerwującej obsłudze zapominam jednak bardzo szybko. Tempomat w połączeniu ze skrzynią automatyczną pozwala wygodnie się rozsiąść i rozkoszować umykającymi za oknem pejzażami kolejnych landów. Przerywanych obowiązkowymi przerwami na tankowanie, oczywiście. Lipsk, Aral, Norymberga, Aral, Monachium znowu Aral. Autostradowe prędkości owocują spalaniem na poziomie 12-15 litrów na setkę. Przy stosunkowo niewielkim baku (45 l) oznacza to wizytę na stacji co 300-400 kilometrów. Nawet nie wiem kiedy, dojeżdżam do granicy z Austrią. Krótki postój na kupno autostradowej nalepki i rozprostowanie nóg i lecę dalej.

Drugiego dnia mijam wreszcie tabliczkę z napisem Bormio. Wąskie uliczki, co krok skrzyżowanie. Nieco zagubiony, o drogę pytam miejscowego motocyklistę. Nie łatwo jest się dogadać. On po angielsku mówi "a little", ja po włosku "per niente". Po pięciu minutach pogaduszki w esperanto, przeplatanej językiem migowym dowiaduję się, że na najbliższej "rotundzie" jest tablica, która zaprowadzi mnie na początek drogi na Passo dello Stelvio. Jeszcze tylko szybkie tankowanie - coś mi podpowiada, że będę dziś jeździł do później nocy - i w drogę. Kilka minut później mijam pierwszy znak ostrzegający o krętej drodze, znacznym nachyleniu terenu i obowiązkowych łańcuchach w zimę. Stawiam oparcie do pionu, poprawiam ustawienie kierownicy i zaczynam wypatrywać pierwszych serpentyn.

Przełęcz Stelvio (wł. Passo dello Stelvio) - przełęcz w Alpach Wschodnich wznosząca się na wysokość 2758 metrów n.p.m. Biegnąca przez nią droga zbudowana została w latach 1800-1825. Dziś pokryta asfaltem należy do najwyżej położonych, przejezdnych dróg w Europie. Do szczytu, od strony miasteczka Stelvio droga ma długość 24,3 kilometra, 48 ponumerowanych zakrętów i średnie nachylenie równe 7,4 proc. By dojechać na przełęcz, kierowcy muszą pokonać przewyższenie przekraczające 1800 metrów. Podjazd od strony południowo-wschodniej (Bormio) liczy 21,5 kilometra przy średnim nachyleniu 7,1 procent,  a różnica wysokości to 1533 metry.

Od strony Bormio, droga na Stelvio zaczyna się łagodnie. Pierwsze podjazdy z długimi zakrętami i stopniowo zacieśniającymi się agrafkami pozwalają rozgrzać nadgarstki i barki, dając czas na przypomnienie sobie jak prawidłowo kręci się kierownicą. Po minięciu dwóch ciasnych tuneli zaczyna się prawdziwa zabawa. I tu fajnie mieć mocne auto.

Choć w Fabii RS napędzane są koła przednie, sportowa "Czeszka" pozwala się nieźle wyszaleć. Auto jest wąskie i krótkie i nawet w najciaśniejszych miejscach nie ma strachu, że przyszlifujemy bok o kamienne murki. Podwójnie doładowane 1.4 radzi sobie ze znacznymi przewyższeniami bez jakichkolwiek oznak zadyszki. To zasługa kompresora, który dba o to, by już od samego dołu na przednie koła trafiał odpowiednio duży potencjał.

Przed drugim zestawem serpentyn przełączam dźwignię w tryb Sport. Skrzynia działa bez zarzutu, ale być tutaj i odmówić sobie przyjemności wachlowania biegami to grzech. Szczególnie, że do dyspozycji mamy wygodne łopatki, pozwalające zmienić przełożenie w pełnym skręcie bez odrywania rąk od kierownicy. Siedmiobiegowe DSG odkrywa tu swoją prawdziwą naturę żongluje biegami w górę i w dół z szybkością karabinu maszynowego. Żadnego czekania, czy kalkulowania manewrów.

Wreszcie szczyt. Dopiero tu dociera do mnie jakie zjeżdżają tu tłumy. Turyści w samochodach, motocykliści chcący spróbować swoich sił na legendarnych winklach i przede wszystkim ogromna rzesza kolarzy (Stelvio bywa częścią Giro d'Italia). Wniosek? Lepiej przyjechać tu w ciągu tygodnia, a nie w weekend.

>>> Zapraszamy do galerii zdjęć <<<

Na górze okazuje się także, że droga z Bormio była tylko przedsmakiem prawdziwej zabawy. Stojąc w najwyższym punkcie przełęczy mogę podziwiać prawdziwe Stelvio. Droga, naszpikowana 48 ostrymi zakrętami, wspina się na strome zbocze wijąc niczym wąż. Więcej zachęt nie potrzebuję. Wskakuję za kółko. Już po kilku pierwszych winklach dostrzegam kolejne (poza eco) zalety downsizingu. Lekki przód nie psuje zabawy i posłusznie wykonuje polecenia wydawane przez kierownicę. Swoją robotę świetnie wykonują hamulce. Różnica wysokości wynosząca ponad 1800 metrów i ciągłe dohamowania na agrafkach nie robią na nich żadnego wrażenia. Nie zaczerwieniły się ani na moment. A może obchodziłem się z nimi zbyt delikatnie?

Podczas dobrej zabawy czas mija szybko. W mgnieniu oka dojeżdżam do miasteczka Stelvio. Zmęczone przedramiona i nieco obite kolana napominają o przerwę, ale radość i adrenalina każą od razu wrócić na włoski rollercoaster. Na 2758 m.n.p.m. docieram ponownie późnym popołudniem.

Mała rada. Jeśli przejechaliście taki szmat drogi i chcecie naprawdę nacieszyć się Passo dello Stelvio, warto zerwać się skoro świt, albo poczekać do wieczora. Koło 18 handlarze zwijają swoje butiki. Ci, którzy zostają na noc w miejscowych hotelach znikają w pokojach. W dół ruszają też ostatni rowerzyści, którzy zasiedzieli się na szczycie, a droga całkowicie pustoszeje. Wtedy można przejechać trasę na nieco wyższych obrotach. Nikomu nie będzie też przeszkadzać hałas. No, może poza miejscowymi świstakami.

Takiej okazji nie można zmarnować. Zamiast szukać przytulnej polanki na rozbicie biwaku, odpalam Skodę raz jeszcze. Tym razem zjeżdżam na stronę Bormio. Chcę jeszcze raz przejechać się długą prostą biegnącą w połowie drogi do miasta, między dwiema seriami serpentyn. Zestaw ciasnych nawrotów, tunel, znów kilka ostrych zakrętów i droga uspokaja się, wijąc rytmicznie pomiędzy wyniosłymi wzgórzami. Dwójka do końca, trójka, czwórka. To jest to. Każde uderzenie w prawą łopatkę akcentowane jest charakterystycznym fuknięciem z wydechu. Ledwo już słyszalnym, bo silnik zamiast subtelnie mruczeć, zaczyna ryczeć z całych sił. Hałas, który na autostradzie drażniłby i męczył, tu wywołuje dziecięcą radość. I nie ma żadnego znaczenia, że to tylko cztery cylindry. Tak właśnie działa Stelvio...

Dla tych winkli, dla tych widoków przyjeżdżają tu ludzie z drugiego końca Europy. Ekipę brytyjskiego Top Geara stać na kręcenie programów w najbardziej oddalonych i egzotycznych zakątkach świata, a jednak nie omieszkali odwiedzić Stelvio. Tytuł materiału "Second greatest driving road" mówi sam za siebie.

Skoda Fabia RS | Kompendium

Nadwozie 5-drz., 5-os.
Silnik R4 benz., kompresor i turbosprężarka, 1390 ccm
Moc 180 KM przy 6200 obr./min
Moment 250 Nm przy 2000 obr./min
Napęd na koła przednie
Skrzynia 7b, dwusprzęgłowa zautomatyzowana
Zawieszenie przód
kolumny McPhersona
Zawieszenie tył belka skrętna
Ogumienie 205/40 R17
Wymiary 399,2 x 164,2 x 149,8 cm
Rozstaw osi 246,2 cm
Masa 1318 kg
Poj. bagażnika 300/1163 l
Poj. zbiornika paliwa 45 l
Przysp. 0-100 km/h 7,3 s
Śr. spalanie (fabryczne)
6,2 l/100 km
V maks. 226 km/h
Cena 73 800 zł

Bartosz Sińczuk

ZOBACZ TAKŻE:

Skoda Fabia i Octavia w nowych, rodzinnych wersjach

Dlaczego Polacy nie lubią Skody?

Skoda Octavia - ogłoszenia

Więcej o: