Audi A8 4.2 TDI

Najmocniejszy diesel świata - Audi A8 4.2 TDI z napędem quattro - to superbohater rodem z amerykańskiej kreskówki. W ułamku sekundy zrzuca grzeczne wdzianko limuzyny i przeistacza się w gotowego do sportowej jazdy drapieżnika. Trzeba mu tylko pomóc, wciskając gaz do dechy.
Tytuł tego artykułu jest nieścisły. Nowe Audi A8 z silnikiem 4.2 TDI jest co prawda jak pan Iniemamocny (z przebojowej kreskówki Disneya "Iniemamocni"), ma bowiem nieprawdopodobną moc - 326 koni mechanicznych czyniących z niego najmocniejszego diesla na rynku. Ale nie tylko! Sportowa limuzyna z Ingolstadt jest jak cała wesoła rodzinka Iniemamocnych. Jak żona głównego bohatera Elastyna jest elastyczny - dzięki 650 niutonometrom momentu obrotowego dostępnym od 1600 (!) obrotów na minutę. Jak jego starszy syn Max szybki - sprint do setki zajmuje Audi sensacyjne 5,9 s (o blisko sekundę krócej od skądinąd doskonałych BMW 745d i Mercedesa-Benza S400 CDI). Jak jego córka Wiola (która umie wytwarzać wokół siebie specjalne pole) hipnotyzuje swoim sportowo-luksusowym wyglądem (z nowym grillem singleframe identycznym jak w 12-cylindrowym A8 W12), który każe patrzącym stać w "bezpiecznej" odległości. I jest nawet jak przyjaciel pana Iniemamocnego Mrożon (który posiada dar zamrażania) - wizja, że Audi A8 4.2 TDI trafi na rynek, już ścina krew w żyłach projektantom silników z Monachium (BMW) i ze Stuttgartu (Mercedes-Benz).

Autostrada do nieba

Każdy ma swoje ulubione miejsce na świecie. Jedni Mazury. Inni Bora Bora. Moim są niemieckie autostrady. Bez limitów prędkości. W Audi A8 4.2 TDI przejechałem autostradą około 100 km. Napiszę tylko o dwóch scenkach, które miały podczas tej jazdy miejsce.

Najpierw zagadałem się z kolegą i przestałem patrzeć na prędkościomierz, nie przestając przy tym naciskać gazu. Po kilkunastu sekundach system zablokował przyspieszenie. Zaskoczony zerknąłem na zegar. 250 km/h! Nie zorientowałem się, że jadę 250 km/h! To już nawet nie było śmieszne, raczej bardzo niebezpieczne, ale taka była prawda. Dieslowski V8 oraz wnętrze okazały się tak dobrze wytłumione (jednocześnie motor nie stracił rasowego brzmienia), współczynnik oporu powietrza tak wyśrubowany (cx - 0,27), zawieszenie tak komfortowe, a układ kierowniczy tak pewny, że nie zauważyłem, ile jadę. Po raz pierwszy i mam nadzieję, że ostatni w życiu...

Po kilku kilometrach lewy pas, którym pędziłem już trochę wolniej, dość gwałtownie zajęło nowe BMW 330i. Trąbienie i nerwy w Niemczech są nie na miejscu, więc tylko lekko przyhamowałem i spokojnie (ok. 180 km/h) pojechałem za nią. Beemka wyprzedziła kilka ciężarówek i grzecznie, jak to w Niemczech, ustąpiła, zmieniając pas na środkowy. Zdecydowałem się - mając 180 km/h na liczniku - na kickdown (czyli wcisnąłem gaz do dechy). 6-stopniowy Tiptronic miękko zredukował bieg, obroty wzrosły, mnie i pasażera wbiło w fotele, a zegar zaczął wskazywać 200, 220, wreszcie ponownie 250 km/h. Trwało to kilka sekund. Benzynowe BMW i cała motoryzacyjna reszta jakby się rozpłynęli. 4,2--litrowy TDI (common rail z piezoelektrycznymi wtryskiwaczami) z podwójną sprężarką (z intercoolerem) obudowany aluminiowym ciałem (rama w 100 proc. wykonana z glinu) po prostu ich połknął. A kilka sekund przy tych prędkościach sprawiło na mnie wrażenie ich ułamków.

Po zjechaniu z autostrady udaliśmy się na kilkudziesięciokilometrową przejażdżkę krętymi drogami wokół Monachium. Połączenie mocy i gigantycznego momentu obrotowego z pneumatycznym zawieszeniem na mieszkach powietrznych oraz napędem quattro okazało się trafione. Audi A8 4.2 TDI w zależności od życzenia bezszelestnie się przemieszczało lub też atakowało zakręty jak rajdówka. Precyzja układu kierowniczego i pewność, jaką dają trzymające auto w ryzach "cztery łapy", pozwalały na wiele, choć wiele razy testować nam się tego po prostu nie chciało - wraz z co-driverem woleliśmy pogadać o życiu, pławiąc się w luksusie materiałów, wykończenia, wygody i dobrej muzyki. Podobnie jak przyszli właściciele tego modelu, do których żaden z nas nie będzie szybko należał...

Gadżetologia (za)stosowana

Wygląd Audi z nowym silnikiem jest sprawą drugorzędną. Nie będę się nad nim rozwodził. Wystarczy wyjść na ulicę i trochę poczekać, a wiadomo będzie, jak prezentuje się A8. Samochód jest na rynku już od dwóch lat - poza grillem (dzięki Bogu) niczego nie poprawiono "na lepsze" w wersji z silnikiem 4.2 TDI. Perfekcyjny, intuicyjny w obsłudze i najlepszy w klasie system MMI - którym reguluje się wszystko od zawieszenia (tryby: lift, comfort, sport), przez klimatyzację, po nawigację, telefon, audio i co tam jeszcze - działa, jak działał. Materiały i wykończenie są wzorcowe - jak były.

Ale projektanci z Ingolstadt przygotowali dwie niespodzianki, które miałem okazję przetestować, a które będzie można zamawiać do 4.2 TDI już wkrótce - tuż po zakończeniu salonu motoryzacyjnego we Frankfurcie (gdzie będą miały swoją oficjalną premierę). Pierwsza to system audio opracowany przez akustyków Audi i firmy Bang & Olufsen. To muzyczne cudo złożone z 14 głośników, dwóch wzmacniaczy, dwóch potężnych subwooferów i opracowanych specjalnie do tego samochodu głośników superwysokotonowych (tzw. tweeterów), które mają rozpraszać, a nie skupiać wysokie tony, ma ambicję stać się najlepszym samochodowym sprzętem audio, o którego posiadaniu marzyć będą wszyscy dorośli chłopcy. I stanie się. Słuchałem, słuchałem i nie chciałem przestać słuchać, choć ani The Eagles, ani Ludwig van Beethoven nie zajmują miejsc na podium w mojej prywatnej muzycznej hierarchii. Obecni na prezentacji w Monachium specjaliści od akustyki Audi pytani o cenę audio od Bang & Olufsen milczeli jak zaklęci, ale nagabywani wykrztusili wreszcie, że sam subwoofer - najdroższy element nowej audiofilskiej układanki - kosztuje 18 tys. euro! Można więc sobie wyobrazić, że za nowe audio ci, którzy chcą się wyróżniać, będą musieli za-płacić nie mniej niż 30 tys.

Druga niespodzianka to hamulce z ceramicznych spieków znane mi dotychczas wyłącznie z aut wyczynowych i jako opcjonalne wyposażenie Porsche 911. W Ingolstadt zdecydowali, że idealnie pasują także do limuzyny. Wrażenia? Sześć razy wyhamowałem ze 120 km/h do zera na mniej niż 40 metrach i sześć razy z moich ust wydobyły się słowa powszechnie uznane za obraźliwe. Nie wyczułem zmęczenia układu! To naprawdę niełatwo przekazać: kiedy ponad dwie tony aluminium, skóry, drewna i plastiku wpijają się w ziemię, kierowca ma wrażenie, że gałki oczne wyskoczą z oczodołów, a krew pójdzie nosem. Efekt był wstrząsający...

Wysiadając po szóstej próbie, poczułem się jak w Ekwadorze. Żar buchający z kół był afrykański. Widząc, jak wyciągam z paczki Marlboro (na uspokojenie), jeden z inżynierów zażartował: "Możesz odpalić od którejś z tarcz...". "Dlaczego by nie, kosztują pewnie tyle, ile wagon moich plastikowych zapalniczek" - pomyślałem.

Oceń ten samochód