Mini E-lektryczna jaskółka - za kierownicą

Konferencja klimatyczna w Poznaniu okazała się godną oprawą światowej premiery pierwszego, naprawdę elektryzującego ekoauta. Eko, ale o piorunujących osiągach.
Co prawda najwięcej emocji wzbudził temat zakładów branży energetycznej, a zwłaszcza pakiety emisji dwutlenku węgla, które trzeba będzie kupować na specjalnych aukcjach, ale nie zabrakło też czasu na dyskusję o motoryzacji. Uczestnicy spotkania sami mogli sprawdzić, jak spisują się proekologiczne auta. Volkswagen udostępnił im kilkanaście pojazdów zasilanych gazem ziemnym, a BMW ściągnęło do Poznania aż 21 ze 100 wyprodukowanych BMW serii 7, napędzanych czystym wodorem. Takie samochody są na co dzień leasingowane VIP-om w różnych zakątkach świata, służąc zbieraniu doświadczeń na temat ekologicznego napędu. O wrażeniach z jazdy wodorowym BMW pisaliśmy dopiero co. W Poznaniu można było nie tylko zasiąść za kierownicą ekologicznej "siódemki" i przemierzyć labirynt trochę zakorkowanych, poznańskich ulic, ale też obejrzeć tankowanie wodoru w prawdziwej, mobilnej stacji tankowania, dostarczonej wraz z autami przez BMW.

Jednak to nie dwunastocylindrowe limuzyny z napisem "Hydrogen 7" był hitem ekoszczytu. Okazało się nim o połowę mniejsze, elektryczne Mini, którego polska premiera zbiegła się z pierwszym na świecie pokazem tego modelu w rodzimych Niemczech.

Od razu musimy uprzedzić dociekliwe pytania: nie, ten samochód nie ma ceny i nie można kupić go w salonie. Każdy z dotąd wyprodukowanych egzemplarzy, a jest ich około 500, ma własny numer (widoczny na górnej części przednich błotników) i podlega leasingowi tak jak wodorowe BMW. Elektryczne Mini najłatwiej spotkać w Berlinie i Kalifornii, gdzie jeżdżąc wzbogacają wiedzę firmy dotyczącą techniki napędu elektrycznego.

Jak to Mini spisuje się w praktyce? Z zewnątrz trudno dociec, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym. Wewnątrz może dziwić zabudowa niemal całej przestrzeni w miejscu tylnych siedzeń. Nie ma tam nawet miejsca na bagaże. Po otwarciu tylnej pokrywy widzimy jedynie 60-litrową wnękę, którą łatwo wypełnić dużą teczką i torbą fotograficzną. Niecodzienny jest też widok po otwarciu pokrywy silnika. Wszystko skrywa gigantyczna skrzynka, wyglądającą jak wielka sztaba złota. Mieści ponoć całą elektronikę zarządzającą napędem. Musi być jej sporo. Na szczęście za kierownicą przestrzeni nie brakuje. Można się poczuć jak w zwykłym Mini. Tyle, że przed oczami zamiast obrotomierza mamy wskaźnik naładowania akumulatorów, a prędkościomierz wzbogacono o wskaźnik chwilowego zużycia energii.

Auto uruchamia się zwykłym kluczykiem. Nie ma żadnych udziwnień, wszystko jest swojskie i proste. Jeden ruch i deska rozdzielcza rozświetla się diodami. Dźwignia automatycznej przekładni wędruje w pozycję "drive". Mimo że pedał "gazu" wciskam z umiarem przyspieszenie wciska mnie w fotel. Tego się nie spodziewałem! Oswajam się z możliwościami auta i wciskam gaz jeszcze mocniej. Przyśpieszenie jest wręcz piorunujące. Te 204 KM, podane w danych technicznych, z pewnością nie są wyssane z palca. Ale jeszcze większe wrażenie robi hamowanie. Nie trzeba nawet naciskać hamulca, by auto zaczęło mocno zwolniać. Wystarczy po prostu zdjąć nogę z gazu. Opóźnienie jest wówczas tak duże, że zapalają się światła "stop". Oczywiście w razie potrzeby można skorzystać dodatkowo z tradycyjnego, nożnego hamulca. Samochód porusza się prawie bezszelestnie. Dla jadących to zaleta, dla pieszych na jezdni niekoniecznie. Zaskoczeni ludzie niemal ocierali się o maskę elektrycznego Mini, bo nie słyszeli jadącego auta. Trzeba uważać. Klaksonu nie wszędzie wolno używać, przydałby się zatem jakiś generator dźwięku silnika. Takie urządzenia powoli zaczynają pojawiać się w pojazdach elektrycznych. Wiele osób przechodzących przez jezdnię bardziej nasłuchuje, niż wypatruje auta.

Trudno jednoznacznie ocenić zasięg elektrycznego Mini. "Mój" egzemplarz przejechał od ładowania ok. 100 km i wskaźnik energii pokazywał jeszcze 40% zapasu. Wydaje się zatem, że wynik w granicach 200 km w warunkach wielkomiejskich jest całkiem realny. To dużo, biorąc pod uwagę osiągi Mini E. Jest to, obok wyglądu, największa jego zaleta. BMW udowodniło, że samochód elektryczny nie musi być powolny i paskudny. Lata doświadczeń procentują. Pierwszy elektryczny samochód Bawarczycy skonstruowali już w latach 70. Teraz otwierają nowy rozdział w historii aut użytkowych, nie bojąc się inwestować w coś, co już raz uznane zostało za ślepą uliczkę. Do tej pory nie brak sceptyków przekonanych, że upowszechnienie aut elektrycznych jest nierealne, bo dostarczanie energii elektrycznej w tak gigantycznych ilościach wymagałoby budowy wielu nowych elektrowni, co i tak zaszkodziłoby środowisku. Ale szefowie BMW uznali, że elektryczne pojazdy służące transportowi miejskiemu na krótkich dystansach mają jednak sens. Na dowód przytaczają liczby. Mimo, że po niemieckich drogach jeździ już 300 tys. aut na prąd, zapotrzebowanie na energię elektryczną wzrosło tylko o 3%. Wygląda zatem na to, że Bawarczycy stoją na gruncie chłodnej kalkulacji. Czyżby znowu miało być jak w futbolu, że wszyscy grają, ale Niemcy wygrywają?

Mini E - kompendium

Nadwoziehatchback, 3-drzwiowe, 2-osobowe
Silnikelektryczny, asynchroniczny
Moc204 KM
Moment220 Nm
Napędna koła przednie
Rozmiary371,4/168,3/140,7 cm
Rozstaw osi246,7 cm
Zawieszenie przódMc Pherson
Tyłwielowahaczowe
OponyAlseason Runflat 16''
Ciężar własny1465 kg
Poj bagażnika60 l
Pojemność akumulatorów35 kWh
Czas ładowania (240V/48 A) 2,9 h
Zasięg240 km
Przyśpieszenie 0-100 km/h8,5 s
Prędkość maksymalna152 km/h
Cenab.d.
Gaz

Bardzo dobra dynamika, nienaganne prowadzenie, skuteczne hamulce, atrakcyjny wygląd

Hamulec

Zasięg wystarczający w warunkach miejskich, brak bagażnika

Summa summarum

Mini E nie jest elektrycznym dziwolągiem, ale normalnym samochodem. Dynamiki może mu pozazdrościć niejeden benzynowiec. Jeśli tak ma wyglądać przyszłość transportu miejskiego, to nie mam nic przeciwko. Może tylko trzeba by popracować nad powiększeniem wolnej przestrzeni pod tylną pokrywą. Czasami trzeba przecież przewieźć choćby zakupy.

Więcej o: