Misiaki kontra mobilki

Nie jeżdżę przepisowo. Nie dojadę na czas, to nie zapłacą. Nie dostanę nowego zlecenia. Nie wyjdę na swoje. - reportaż z jazdy cywilnym samochodem drogówki

Sierżant Piotr Like w drogówce jest od siedmiu lat. Sierżant Filip Orłowski od półtora roku. Ich broń: Volkswagen Passat zwany "paskiem", z wideorejestratorem za szybą. Miejsce akcji: droga krajowa nr 11 i 12.

Jarek w transporcie jest od ośmiu lat, jeździ Volvo. Monika, sześć lat za kółkiem, obecnie w Scanii.

Gieroje klęczą i proszą

"Pasek" to nie byle jaka broń. Konspiracyjna, bez policyjnych oznaczeń. Zabieramy się z sierżantami, ale ledwo wjeżdżamy na krajową jedenastkę Poznań - Jarocin, całkowita dekonspiracja.

 

"Uwaga, misiaki w srebrnym Passacie wyjechały" - trzeszczy CB-radio na policyjnej desce rozdzielczej.

"Na którym kilometrze?".

"306.".

"A w którą stronę jedzie?".

Sierż. Like za kierownicą "paska" tłumaczy: - CB używali kiedyś kierowcy ciężarówek. Dzisiaj już co piąty samochód osobowy je ma. Misiaki to my. Pięć minut i podają naszą pozycję po słupkach drogowych, co do kilometra.

CB-radio znów trzeszczy: "Na Katowickiej, misiak na hulajnodze" [policjant na motorze].

Like złorzeczy: - Jak ich złapiemy, to klęczą, proszą, żeby nie karać. A teraz takie gieroje.

Na jedenastce na razie spokój. Jeden pas i sznur aut. Sierżanci zaczynają się denerwować. Przez radio policyjne wywołują szefa: - Wodzu, jedziemy na dwunastkę.

***

W cyklu POLSKIE DROGI czytaj także:
Spowiedź kierowcy Kurskiego
Polak, honor, samochód
Nasz najdłuższy cmentarz Europy
Życie wisi na zakręcie
Mniej zabitych na polskich drogach
Rosyjska ruletka w koleinach

Jarek zawsze lubił grzebać przy samochodach, skończył technikum samochodowe. Woził już spożywkę, samochody, kontenery. Ryby mrożone, herbatę, meble. - CB to podstawa. Wiadomo, nie będę jechał zgodnie z przepisami. Dopiero jak usłyszę, że gdzieś się czają - mówi.

Monika, drobna 25-latka, niebieskie oczy, jasne włosy. W trasie od sześciu lat. W ciężarówce od trzech. - Odkąd jeżdżę w transporcie, tylko trzy dziewczyny spotkałam za transportowym kółkiem - mówi.

Jej też trzeszczy CB: "Mobilki, mobilki [to o samochodach], na 74. kilometrze stoją miśki z suszarą [miernik prędkości]".

- Dzięki, chłopaki! - odpowiada Monika.

Teraz wozi kontenery. - Całe to chińskie badziewie, które pani kupuje - śmieje się. Ma na pace 18 ton - tak przynajmniej jest w papierach, choć auto ledwo ciągnie. Nie pędzisz, nie zarobisz

- Zdjąłem pagony, bo to na mnie jako kierowcę patrzą inni. A tak nikt nie powinien rozpoznać policjanta - mówi sierż. Like. Gorzej jest z numerami rejestracyjnymi. Kierowcy podają je sobie na forach internetowych. - A tablic zmieniać nie możemy - rozkłada ręce policjant.

Nagle mija nas "gieroj" w czarnym wozie. Pędzimy za nim. Niewielka kamera zamontowana za przednią szybą po stronie pasażera przesyła obraz do monitorka na desce rozdzielczej. Teraz "pasek" musi się zrównać, mieć tę samą prędkość i robić pomiar przez 100 metrów.

Po chwili kierowca ustrzelony: 116 km/godz., czyli o 26 za dużo.

- Ja miałem na liczniku 92 km/godz. - zaczyna negocjacje pan Józef.

- To zatrzymujemy dowód rejestracyjny za błędne wskazania prędkościomierza - odpowiada sierż Like.

Kierowca mięknie. - Prędkościomierz działa. Może tam rzeczywiście było 116. Nie zauważyłem.

Mandat: 100 zł.

***

Jarek zjeździł całą Europę i mówi, że najgorzej prowadzi się wóz po Polsce. Wszędzie roboty drogowe, co rusz ograniczenie prędkości do 50 km/godz. - Oczywiście, że łamiemy przepisy, bo taniej jest zapłacić mandat za przekroczenie prędkości, niż ryzykować, że nie dowieziemy towaru na czas - opowiada.

Ale mają swoje sposoby. - Przykładowo jechałem 70 na godzinę przy ograniczeniu do 50. Fotoradar złapał tył naczepy, nie widać było kierowcy. Przychodzi mandat, więc gadam ze strażą miejską, że samochód zmieniam z innymi chłopakami. Czy ja wiem, który z nas wtedy jechał? Ale biorę winę na siebie, niby podchodzę do sprawy ugodowo i żegnamy się bez żadnych punktów karnych.

Największy jego mandat to 500 zł. Za przekroczenie prędkości oczywiście. - Niby słyszę, że policja czy fotoradar stoi, ale i tak rozpędzony wpadam w teren zabudowany. Nie da rady. Kierowca jest zobowiązany dojechać na czas. Nie dojadę, to nie zapłacą pracodawcy, a potem mi. Nie dostanę zlecenia. Nie wyjdę na swoje. Żeby zarobić, trzeba pędzić.

Fotoradarów się nie obawiają. Monika: - Zazwyczaj puste puszki stoją. Jak się nie nadziać na prawdziwy? Trzeba patrzeć, czy mrugnie na jakąś osobówkę. I podać dalej, by inni w tym miejscu zwolnili.

A nieoznakowane auta policyjne? - Jak wyjadą, to trzeba czekać, aż kogoś złapią. Wtedy podajesz: uwaga, mobilki, wyjechał czarny volkswagen, z taką i taką rejestracją.

Żona rodzi, garnek na gazie

Jacek Krzyżosiak, dowódca policyjnej grupy wsparcia w poznańskiej komendzie, dzieli kierowców na dwie kategorie. Pierwsza to ci, którzy walczą. - Wychodzi taki z krzykiem, że tyle nie jechał, że nasz sprzęt popsuty. A jeden żądał pisemnego zezwolenia, że policjanci mogą stać i mierzyć prędkość tam, gdzie stali.

Kto się najczęściej awanturuje? Krzyżosiak: - Nowobogaccy. Dorobili się, mają samochód i myślą, że mogą nas ustawiać.

Sierżant Orłowski nie lubi spotkań z adwokatami. - Od razu grożą, że będą skargi pisać. Bo gwałcimy ich prawa.

Druga kategoria: ci, którzy do winy się przyznają. Zazwyczaj proszą o łagodny wymiar kary. I argumenty mają różne. - Jeden rozmawiał przez komórkę. Że niby z żoną, co właśnie rodzi. Albo pewna kobieta: pędziła i mówi, że garnek zostawiła na gazie.

Mandat? No to ja się zabiję!

Krajowa dwunastka pusta, czekamy w "pasku" na poboczu. Nagle obraz przecina nam czarny mercedes. Startujemy. Dozwolona prędkość: 90 km/godz. On ma 121 na liczniku. Ujawniamy się: syrena, lizak przez okno i zjazd na pobocze. Kierowca - właściciel firmy budowlanej - daje tylko dowód rejestracyjny.

- A prawo jazdy? - pyta sierżant Like.

- Nie mam - spuszcza głowę mężczyzna. Przed miesiącem stracił je za 0,4 promila alkoholu we krwi. Na dodatek właśnie wraca z komendy w Gostyniu, gdzie składał zeznania.

- Pojechał pan tam samochodem? - policjanci nie wierzą.

- No - mówi mężczyzna. I zaczyna płakać: - Panowie, pomóżcie, ja się zabiję.

Zero litości. Mandat: 300 zł i czekamy na hol?

Ale na tym akcja się nie kończy. Like wybiega na środek jezdni i macha lizakiem.

- Co pani robiła światłami? - pyta zatrzymaną kobietę.

- Bawiłam się - odpowiada 50-letnia Polka, która na stałe mieszka we Francji.

Żadnej zabawy nie będzie. - Ostrzegała światłami innych kierowców, że tam stoi nasz patrol - tłumaczy nam Like. Za stosowanie świateł niezgodnie z przeznaczeniem 200 zł kary. Dziesięć minut mija i "zabawa" się powtarza. Tym razem starszy kierowca ciężarówki. Biedniejszy o 200 zł.

- Z tymi światłami to jakiś dziwny zwyczaj. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że mogą ostrzec np. pijanego kierowcę, którego złapanie jest też w ich interesie - irytuje się Like.

Dezinformacja to podstawa

Sierżant Orłowski mówi, że największy kłopot jest z kierowcami niedzielnymi. - Jedzie 60 km/godz. w niezabudowanym terenie, trzy kilometry przed skrętem włączy kierunkowskaz i myśli, że robi dobrze. A tak nie można jeździć - mówi Krzyżosiak.

A zawodowi? - Ja lubię tirowców. Jak jest pościg, to powiedzą, gdzie klient ucieka, albo sami zablokują drogę. Przedstawiciele handlowi? Z nimi jest problem, bo jest ich dużo i zawsze gdzieś spóźnieni.

W policyjnym aucie znów trzeszczy CB-radio. I znów demaskują: "Uwaga! Pasek jest w Kotlinie [chodzi o miasto w Wielkopolsce]".

"Jeszcze raz powtórz, gdzie?" - ktoś dopytuje.

Sierżant Like chwyta mikrofon. "Pasek jest w Kotlinie!" - krzyczy.

- Ale przecież jedziemy w przeciwną stronę - zauważamy.

Like: - Dezinformacja to podstawa. Kierowcy próbują nas przechytrzyć, a my ich.

 

Piotr Żytnicki, Ewa Mikulec

Więcej o: