Pierwsze lata za kółkiem

Była stłuczka, mandaty i niejedna awaria. Na koncie jakieś 150 tys. kilometrów, kilka samochodów i sporo wydatków. Osobista lista motoryzacyjnych przygód powoli się zapełnia. Które z nich są najcenniejsze?

Ta historia nie zaczęła się jednak w chwili odebrania prawa jazdy, ale kilka ładnych lat wcześniej. Może jeszcze w kołysce, może od pierwszego Matchboxa, a może podczas kartkowania motoryzacyjnych prospektów i katalogów. Zawsze ciągnęło mnie do wszystkiego, co ma cztery kółka i silnik. Pierwszy debiut za kierownicą zaliczyłem na działce, pod okiem ojca. Miałem 13 lat. Nigdy nie zapomnę tego sierpniowego popołudnia, klekotu diesla pod maską Mazdy 626, radości z wrzucenia "jedynki" i tego, że... widzę maskę. Wreszcie ruszyłem z miejsca, na początku "bez gazu". Jedynka-dwójka-wsteczny-jedynka-dwójka i tak bez opamiętania.

W przypadku kierowców w wieku 18-24 lat prawdopodobieństwo odniesienia ran w wypadku samochodowym jest 10 razy wyższe niż w przypadku osób w wieku 40-50 lat. Powód? Brak doświadczenia i brawura.

Czas do 18-ki dłużył się niemiłosiernie, szczególnie chłopakowi, który zawsze miał w plecaku "Motomagazyn" i "Auto Sukces", weekendy spędzał na pucowaniu auta rodziców, a na biurku trzymał jego zdjęcie w ramce. W międzyczasie zdarzały się oczywiście mniej lub bardziej samodzielne próby wyjazdu z garażu. Biję się w pierś, ale gdyby nie one, świadomość zachowania się samochodu przy 80 km/h byłaby dla mnie wiedzą tajemną. Dziś regulują to przepisy, ale jeszcze kilka lat temu na pytanie o wypad za miasto mój instruktor odpowiedział: "Nie jedziemy, nie mamy paliwa".

Być może dlatego z kursu na prawo niewiele pamiętam. Plac manewrowy znałem jak własną kieszeń, ale hamowania awaryjnego, płynnej jazdy czy poprawnej pozycji za kierownicą musiałem nauczyć się sam, podglądając doświadczonych kierowców i czytając poradniki.

Wreszcie odebrałem upragnioną plakietkę. Pierwsza przejażdżka, druga, piąta, wszystkie po małomiasteczkowej, podlaskiej okolicy. Działka, zakupy, szkoła i tak w kółko. Wreszcie jakieś wyzwanie - weekendowy wyjazd ze znajomymi na Mazury. Piątkowy wieczór, zadziwiająco mały ruch, towarzystwo na tylnej kanapie rozgadane i... niezadowolone, że musiało zapiąć pasy. Wypadam zza zakrętu, a moim oczom ukazuje się brązowe cielsko. Spory jeleń wbił we mnie swoje ślepia i stanął na środku drogi, czekając na mój ruch. Hamować, omijać!? Rzut oka w lewe lusterko, bezwarunkowy ruch kierownicą i pisk opon - tyle pamiętam. Znów widzę drogę, silnik cicho szemrze, na kolanach wylądowały mi drobiazgi z tylnej półki. Po zwierzaku ani śladu, my jakimś cudem nie wylądowaliśmy wśród przydrożnych drzew. Zwalniaj w lesie - to jedna z dwóch rad ojca, które zapamiętałem. Druga? Nie hamuj w zakręcie, tylko przed nim.


Czego brakowało Ci podczas kursu na prawo jazdy? Napisz i wygraj iPada!

Rady zostały, ale początkowy lęk przed innymi uczestnikami ruchu szybko minął. Jazda po niezbyt ruchliwych, lokalnych drogach usypia czujność, sprawia, że człowiek czuje się panem sytuacji i nie liczy się z innymi. Wystarczy jednak wyjazd w nieznane, najlepiej do dużego miasta. Różnica tempa ogłupia, kończy się beztroskie kręcenie kierownicą i wsłuchiwanie się w ulubioną stację radiową. Tak było z moją pierwszą samodzielną podróżą do Warszawy. Na szczęście w sobotę, z przestudiowaną mapą pod ręką. Zmasowany atak skrzyżowań, przeskakujących z pasa na pas aut czy pojazdów szynowych przytłacza, ale i... uczy. Jak sobie poradzić w takiej sytuacji? Podstawa to nie rozrabiać. Nie trzymać się kurczowo lewego pasa, gdy nie jesteśmy pewni, gdzie mamy skręcić. Patrzeć w lusterka, dawać wcześniej sygnały i zachować zimną krew. No i nie wstydzić się. Nie wiem jak u innych, ale u mnie do dziś taryfę ulgową mają "zielone listki". Także gdy niepotrzebnie blokują lewy pas, jadą prosto z migającym kierunkiem czy nagle zmieniają pas ruchu. Swój pierwszy samochód okleiłem zielonym listkiem tuż po zakupie.

Pierwszy wóz - oto jest wyzwanie. Duży, mały, oszczędny czy szybki? Wiadomo, musi się podobać i "dobrze leżeć", jak ulubione dżinsy. I tak jak ubranie, do samochodu warto się przymierzyć. Sprawdzić fotele, czytelność instrumentów, widoczność, pracę skrzyni biegów (może automat?), układu kierowniczego. Przeanalizować, czy mały silnik nie sprawi problemu podczas jazdy za miastem, czy potrzebujemy oszczędnego, ale kosztownego w serwisie turbodiesla, czy nie warto dopłacić do klimatyzacji. Zastanowić się, czy 4,8-metrowy "średniak" to nie przesada, jeśli zazwyczaj jeździmy w pojedynkę albo po mieście. Nie kupować tylko dlatego, że okazja, od sąsiada, bo ładny. Z respektem spoglądać na tylnonapędowe potwory, wreszcie pomyśleć o bezpieczeństwie własnym, pasażerów oraz innych uczestników ruchu. Jak? Przed zakupem warto odwiedzić profesjonalny serwis lub wziąć ze sobą znajomego, który sprawdzi, czy "okazja od sąsiada" nie ma na koncie poważnego wypadku. Dziś samochody są coraz bezpieczniejsze i potrafią chronić życie znacznie skuteczniej niż robiły to jeszcze 10 czy 20 lat temu. Potrafią pod warunkiem, że nie są zespawane z dwóch i mają sprawne wyposażenie. A po zakupie warto zajrzeć do instrukcji obsługi, mimo że (podobno) żaden prawdziwy mężczyzna tego nie robi. Choćby po to, żeby sprawdzić, czy uda się samemu wymienić żarówkę.

Łatwo radzić, trudniej pogodzić rozsądek z młodzieńczymi pragnieniami. No i rajdowymi zapędami. Mojej pierwszej Maździe ze 170-konną, widlastą szóstką pod maską zdecydowanie bliżej było do pragnień niż do rozsądku. Kupiona od kolegi po przepracowanych wakacjach, już w październiku wylądowała na ursynowskim osiedlu, gdzie nie miała zbyt wielu okazji do przemieszczania się. Parkowanie w stolicy nie należało do przyjemności, a droga w rodzinne strony pochłaniała sporą część studenckiego kieszonkowego. Poza miłymi wspomnieniami zostały jednak po niej dwie cenne nauczki. Pierwsza - upewnij się, że samochód jest przygotowany do podróży. Wystarczy jedna ulewa, żeby docenić dobre opony i jedno wymuszenie pierwszeństwa, żeby sprawdzić skuteczność amortyzatorów albo hamulców. A druga? Rajdowe zapędy najlepiej rozładować na zlotach, track dayach i innych imprezach, dzisiaj coraz częściej dostępnych. Na zamkniętych, przystosowanych obiektach można pod okiem instruktora wyciskać z auta siódme poty, ryzykując co najwyżej kolizję ze słupkiem albo zużyte gumy i klocki. Do tego jednak trzeba dojrzeć. Albo zwyczajnie pomyśleć, co nie zawsze, przyznaję, czyniłem.

Dziś moje plastikowe prawko kończy 7 lat. Mimo to momentami czuję, jakbym dopiero zaczynał swoją przygodę za kółkiem. Każda droga do pracy wygląda inaczej, każda dłuższa trasa to nowe doświadczenia. Najważniejsze? Im więcej jeżdżę i im dłużej stoję w korkach, tym częściej odpuszczam. Nie warto się denerwować, walić w kierownicę i złorzeczyć. Nie warto wyprzedzać na siłę i pędzić na złamanie karku, by po chwili wlec się za autobusem lub stanąć na czerwonym. Polskie drogi zmierzają powoli ku lepszemu, ale na brak płynności nerwy niewiele pomogą.

A jak minęły Wasze pierwsze lata za kółkiem? Zapraszamy do komentowania.

Marcin Sobolewski

ZOBACZ TAKŻE:

Ubezpieczenia dla młodych kierowców

Pokaż mi, jak jeździsz, powiem Ci kim jesteś

TOP 10 - pierwsze auto

Więcej o: