Recenzja: F1 2010

Formuła 1 to sport elitarny, w którym ścigają się wyłącznie najlepsi i traktująca o niej produkcja wymaga od gracza, by stał się jednym z nich

Richard Hammond, jeden z prowadzących kultowego programu motoryzacyjnego, Top Gear, przyznał się kiedyś na antenie, że nie rozumie, dlaczego z kierowców Formuły 1 robi się niemal współczesnych herosów. Ta i podobne wypowiedzi sprawiły, że w programie pojawiło się Renault ze swoim bolidem F1 z dawnych sezonów. Hammond, doświadczony dziennikarz, który na co dzień ma do czynienia z tzw. supersamochodami, zupełnie nie potrafił tego auta okiełznać, a po wszystkim przyznał, że wie już skąd tyle szumu wokół kierowców tych maszyn.

Gra Codemasters nie sprawi może, że będziecie mieć, podobnie jak Hammond, problemy z ruszaniem z miejsca, ale również potrafi nauczyć szacunku do sportu, o którym traktuje. Zapewniam, że po próbie pokonania mokrego od deszczu toru, w którymś ze słabszych bolidów z podziwem zaczniecie patrzeć nawet na tych kierowców, którzy zwykle snują się gdzieś w ogonach prawdziwych Grand Prix.

Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo

Formuła 1 to sport elitarny, w którym ścigają się wyłącznie najlepsi i traktująca o niej produkcja wymaga od gracza, by stał się jednym z nich. Na najwyższych poziomach trudności gra potrafi dać w kość. Dość powiedzieć, że grając na padzie (z kierownicą niestety nie było mi dane spróbować), na poziomie trudności ekspert zupełnie sobie nie radziłem, nawet kiedy poprosiłem konsolę o takie asysty, jak automatyczna skrzynia biegów czy wyświetlenie toru jazdy (linia na asfalcie jak w Forza Motorsport). Niewiele to pomogło, mimo iż z grami wyścigowymi mam do czynienia nie od dziś. Zniechęcony fatalnymi wynikami zacząłem zabawę raz jeszcze, tym razem wybierając średni poziom trudności i czekał mnie kolejny zawód - tym razem prowadząc bolid Williamsa wygrywałem wszystko w cuglach. Dopiero na poziomie trudności określonym po prostu jako trudny, znalazłem optymalne ustawienia, które sprawiły, że początek kariery w F1 stał się wzywaniem, ale nie niemożliwym do zrealizowania.

To bardzo ważne, by znaleźć dla siebie złoty środek, bo poziomy trudności zbalansowano tak, że F1 2010 staje się na różnych ustawieniach zupełnie inną grą. Na średnim poziomie miałem wrażenie, że gram w zręcznościowy tytuł, w którym co prawda wciąż muszę hamować przed zakrętami i odpowiednio w nie wchodzić, ale wrażenie było podobne jak w Shifcie czy GRID. Z kolei oczko wyżej gra zaczyna już przypominać prawdziwy symulator, w którym należy uważać na mnóstwo rzeczy i nie wolno się ani na chwilę zdekoncentrować. Dzieło Codemasters pod tym względem przypomina mi inne kultowe wyścigi z tej firmy wydane jeszcze na PSX - TOCA 1 i 2 - tam również dojechanie w środku stawki często było powodem do radości i satysfakcji. W F1 2010 jest podobnie, tym bardziej że osiągi bolidów z końca i początku stawki mistrzostw konstruktorów dzieli przepaść. Jeśli więc jeździmy w słabym teamie, nie ma szans na podjęcie wyrównanej walki z czołówką. Co prawda dopóki nie gramy na ekspercie, nasze błędy skorygować można przez przewijanie czasu do tyłu w powtórkach, ale nie można tego robić bez końca, a i korzystanie z tego rozwiązania jest mało wygodne. Poza tym wiele torów ma wyjątkowo zdradliwe miejsca - zakręty, przy wychodzeniu z których odrobinę za dużo gazu spowoduje, że nasz bolid zatańczy wokół własnej osi, co zwykle równa się końcom marzeń o dobrym wyniku. Jeśli dodatkowo pada deszcz, przejechanie czystego okrążenia na nieznanym torze staje się nie lada wyzwaniem - tyle tylko, że takich kursów trzeba wykonać co najmniej kilka. Gra przy wyłączeniu wszystkich wspomagaczy, jeździe z manualną skrzynią biegów, pamiętaniu o ograniczeniu prędkości w boksach, ścieraniu się opon, wszystkich regułach wyścigu (no prawie wszystkich, nie wiedzieć czemu zabrakło tak ważnej kwestii jak samochód bezpieczeństwa) i związanych z tym karach stawia przed graczem ogromne wyzwanie i nie pozwala nawet na chwilę oderwać myśli od tego co dzieje się na torze.

Kaski z głów

Codemasters stanęło na wysokości zadania jeśli chodzi o model jazdy. Zmiana ustawień bolidu, różnice między autem nadsterownym i podsterownym są natychmiast wyczuwalne. Świetnie oddano również nierówności torów i pracę zawieszenia, a ich wpływ na prowadzenie bolidu. Do tego efekt świetnie podkreślają wibracje pada. Dodawać gazu w maszynie o ogromnej mocy, jaką jest bolid Formuły 1, należy bardzo ostrożnie, zwłaszcza jeśli wychodzimy z zakrętu, bo inaczej skończyć się to może poślizgiem i utratą pozycji w wyścigu. Odpowiedni refleks pozwoli nam co prawda założyć kontrę, ale rzadko kiedy udaje się w takiej sytuacji zapanować nad maszyną. Cieszy, że w grze czuć prędkość i to, że pędzimy wąskimi uliczkami w Monako grubo ponad 200 na godzinę nie informuje nas wyłącznie prędkościomierz, ale także nasze zmysły. Znaczenie mają też takie kwestie jak odpowiednie rozgrzanie opon, hamulców i silnika - jeśli ogumienie jest zimne różnicę widać gołym okiem. Przy tym przywiązaniu do detali trochę boli, że system zniszczeń nie został należycie dopracowany. Owszem możemy urwać koło, zgubić przedni spojler (co zresztą dzieje się na torze często), ale zdarza się też tak, że potężna kraksa nie eliminuje nas z wyścigu i trzeba się o to bardzo starać. Denerwuje również, że można praktycznie bezkarnie ocierać się o inne bolidy i nie kończy się to katastrofą. Nie warto jednak jeździć zbyt agresywnie, bo zawsze możemy zostać ukarani przejazdem przez pit lane, a w skrajnych wypadkach nawet dyskwalifikacją. Gra niestety zawiera sporo mniejszych i większych błędów, związanych choćby ze zjeżdżaniem do pit-stopu. Co prawda prace nad stosowną łatką już trwają, ale graczom, którzy na razie muszą borykać się z błędami pewnie niewiele taka świadomość pomaga.
Nowa gwiazda

Świetnie zaprojektowano tryb kariery. Po pierwszym odpaleniu gry od razu trafiamy na konferencję prasową, gdzie zostajemy przedstawieni dziennikarzom (kontakty z mediami w trakcie wyścigowego weekendu, a raczej z głosem Włodzimierza Zientarskiego, są dość częste - uprzedzając pytania: Borowczyka w grze nie uświadczymy), wybieramy jak długo będziemy się bawić (trzy, pięć lub siedem sezonów), w jakiej stajni chcemy się ścigać (na początku do wyboru mamy jedynie mniej renomowane zespoły), naszą narodowość, imię i nazwisko, a także ksywkę. Tutaj brawa dla autorów polskiej wersji językowej, bo znajdziemy tam kilka naprawdę udanych propozycji. Jest na przykład "Pączek" i podejrzewam, że wziął się on od Macieja Iwańskiego. Postępy w karierze osiągamy realizując cele zespołu - osiągnięcie danego czasu okrążenia na treningu może pomóc w rozwoju technologii, zwykle też proszeni jesteśmy o zajęcie określonego miejsca w kwalifikacjach i wyścigu. Rywalizować musimy także z kolegą z teamu o pozycję kierowcy nr jeden. Poza karierą możemy również rozegrać dowolne Grand Prix czy ułożyć sobie własny cykl zawodów, a że torów w sezonie przewija się w F1 naprawdę sporo, możliwości są duże; zmierzyć się z czasem czy pograć w sieci.

Oczy cieszy bardzo spójna oprawa audio-wizualna gry. Menu zrealizowano zupełnie jak w DiRT - mamy zatem naszą własną przyczepę, w której znajdziemy szereg opcji, a stamtąd przenosimy się zwykle do garażu, gdzie siedząc już w kokpicie auta decydujemy o ustawieniach bolidu, doborze opon czy sprawdzamy osiągane na torze czasy. Reszta ekranów wykonana jest ze schludnym minimalizmem, co razem z użytymi czcionkami sprawia wrażenie technicznego profesjonalizmu, z jakim powinna kojarzyć się F1. Wszystko to okraszono zwykle spokojnymi, elektronicznymi kompozycjami, które świetnie pasują do całego tego wzornictwa. Szkoda tylko, że w przypadku oglądania powtórek zdecydowano się na rocka, który zwyczajnie nie pasuje do tego wypełnionego technologią świata. Bardzo dobrze nagrano też kwestie, jakie przez radio wypowiada do nas inżynier oraz ryk silników towarzyszący nam podczas wyścigu. Grafika również jest całkiem ładna, choć pozbawiona fajerwerków. Grunt jednak, że wszystko wygląda tak jak powinno, a gra nie traci klatek animacji. Wrażenie robi za to deszcz, raz, że mokry asfalt i uderzające o niego krople wykonano świetnie, dwa, że woda rozbijająca się na kamerze bardzo sugestywnie ogranicza widoczność.

F1 2010 to bardzo solidna, choć niepozbawiona mniejszych usterek, produkcja. Fani królowej sportów motorowych po latach posuchy na pewno nie będą zawiedzeni. By osiągnąć sukces trzeba tutaj godzinami uczyć się torów na pamięć, a później jeździć maksymalnie skoncentrowanym. Ci, którzy nie mają takiego zacięcia, a chcieliby "pobawić się w Kubicę" również mogą to zrobić, wybierając po prostu niższy poziom trudności. Po wypuszczeniu stosownej łatki gra powinna stać się idealną propozycją dla wszystkich fanów F1. Na razie może jednak warto poczekać, by nie denerwować się błędami.

źródło: polygamia.pl

Golf GTI do lansu - ZOBACZ WIĘCEJ

Nowy Volkswagen Touran 2.0 TDI - PIERWSZA JAZDA

Parking.moto.pl: samochody czekają na Ciebie

Więcej o: