Jeździmy RCZ-em na Nürburgringu

Chrześcijanie mają Watykan, muzułmanie mają Mekkę, a miłośnicy szybkiej jazdy Nürburgring. Dorzuciliśmy do tego 200-konnego Peugeota RCZ i w drogę

Nürburg to malutka wioska na zachodzie Niemiec. Mieszka w niej około 200 osób, a jedną z najważniejszych atrakcji turystycznych jest średniowieczny zamek na wzgórzu. Spokojna, czysta, wypielęgnowana, wypieszczona, niemalże idylliczna wieś. Czyżby? Zagęszczenie supersamochodów na kilometr kwadratowy bije w tym miejscu wszelkie rekordy przyzwoitości, żaden z mieszkańców nie oburza się na ryk głośnych wydechowych. Na licznych rondach w okolicy jest pełno śladów spalonej gumy. Jak wygląda typowa uliczka w Nürburgu? Mamy seksownie czerwone Ferrari, obok groźnie przyczajonego Nissana GT-R, a nieopodal zabytkowy supersamochód z przeszłości. Zwykły Golf TDI robi większe wrażenie w tej wiosce niż niemoralnie droga bryka wszędzie indziej na świecie. Z czego to wynika?

W  Nürburgu znajduje się tor. Nürburgring powstał w 1927 roku i nieprzerwanie od tak wielu lat jest najdłuższym (około 26 km), najbardziej krętym (170 zakrętów), najbardziej górzystym (różnica wysokości to 300 m) i najbardziej wymagającym torem świata. Bandy są właściwie tuż obok nitki asfaltu, zakręty są zdradzieckie i nieprzewidywalne (mówi się, że trzeba przejechać 10 tys. okrążeń, by poznać ten tor i swobodnie po nim jeździć), a nawierzchnia o zmiennej przyczepności (beton i wiele rodzajów asfaltu), połatana i nierówna (takie podłoże dla samochodu sportowego to najcięższa możliwa próba). Tor wije się po wzgórzach, przechodzi przez siodła (zakręt z różnicą wzniesień), przecina lasy i zahacza o inne wioski - tak, zahacza o inne wioski. Typowy widok - po jednej stronie ulicy masz więc supermarket Lidl, po drugiej stację benzynową, a tor, niczym zwykła estakada, przecina ulice, chodniki i ścieżkę rowerową. Idąc na zakupy lub będąc z psem na spacerze, słyszysz ryk silników i pisk opon. Czyż to nie fascynujące?!


Peugeot RCZ | Pierwsza jazda

Ale to i tak nic - największą zaletą Nürburgringu jest to, że każdy może sobie na nim pojeździć. Niewiarygodne? Każdy, kto ma samochód, motocykl, skuter, samochód kempingowy lub każdy inny pojazd dopuszczony do ruchu, może przyjechać na tor, zapłacić kilka, uwaga - dosłownie kilka, euro za okrążenie i już. Może pokonywać najbardziej zdradzieckie zakręty świata. To o tyle ciekawe, że wiadomo przecież, jak jest z torami wyścigowymi - przez większość czasu pogrążone są w ciszy, nic się na nich nie dzieje, tylko od wielkiego święta są pełne ludzi i samochodów. Nürburgring jest dla ludzi i jak się ostatnio okazało, jest też dla mnie. Ale zanim się zagłębimy w moje torowe rendez-vous, warto dodać, że Nürburgring jest także, a może przede wszystkim dla firm samochodowych. To zapewne najbardziej prestiżowe i najważniejsze miejsce, gdzie producenci mogą pokazać swoje najlepsze, najszybsze i najlepiej prowadzące się modele, a potem rozpowiadać wszem i wobec, że pokonali ten tor w mgnieniu oka i nikt nie jest szybszy. Co chwilę słyszymy więc, że taki model jest najszybszym przednionapędowym hatchbackiem na tym torze, a inny model nie ma sobie równych w kategorii czterodrzwiowych sedanów. Niedługo dojdzie do tego, że będziemy mieć najszybsze auto z pięcioma cupholderami i najszybsze kombi z chromowanymi relingami dachowymi. Stawiam też na rekord w kategorii najszybszego 7-osobowego vana z pełnym obciążeniem i najszybsze cabrio jadące po słynnym torze z otwartym dachem, w deszczu i w nocy, z kierowca w kapeluszu. Jest przecież jeszcze tyyyle rekordów do pobicia!

No dobrze, a co ze mną? W ostatni weekend lipca pojechałem tam, by obejrzeć wyścig o skomplikowanej nazwie VLN Langstrecken Meistreschaft Nürburgring 2011. Zapewne o nim nigdy nie słyszeliście - nie martwcie się, ja też nie. W skrócie chodzi o to, że w jednym czasie ścigają się ze sobą auta z różnych klas. Jak różnych? Z zapartym tchem obserwowałem pojedynek Opla Manty, Citroëna Saxo, Mistubishi Lancera, Peugeota RCZ i Mercedesa SLS AMG. Były też modele BMW, Porsche i wiele innych. Wszystkie głośne i wszystkie obklejone napisami, których i tak nie zdążysz przeczytać, bo samochody pędzą jak szalone. Wygrał Mercedes, bo po prostu był najszybszy. Ale nie to jest najważniejsze. Dzień później mogłem się przejechać po Nürburgringu Peugeotem RCZ. I to nie na prawym fotelu.

Zanim wjechałem na tor i wycisnąłem z 200-konnego RCZ (niemalże) maksimum możliwości, z otwartą buzią chłonąłem atmosferę przy wjeździe na tor. Kogo tam nie było. Starsze małżeństwo w nobliwym Lexusie, Japonka tak niska i drobna, że ledwo wystawała zza kierownicy swojego stuningowanego Porsche, kierowca w niesamowicie przerobionym Mini (wielki silnik umieszczony centralnie, koła z rajdówki, klatka bezpieczeństwa), a na prawym miejscu fotelik dziecięcy z rozkosznym, na oko 4-letnim brzdącem. Starsi, młodsi, kobiety, mężczyźni, automaniacy, motocykliści - słowem wszyscy, którzy lubią swoje auto lub swój motocykl, lubią nim jeździć, mają tyle rozumu, że bicie rekordów prędkości zostawiają na takie własnie miejsca a nie ulicę i mają ochotę zmierzyć się ze słynnym torem. W powietrzu czuć swąd grzanych opon, przepalone sprzęgła i spaliny. Rewelacja. Jakich aut jest najwięcej? Zdziwił mnie brak Lamborghini i Ferrari - czyżby kupowali je wyłącznie szpanerzy, a nie prawdziwi miłośnicy szybkiej jazdy? Generalnie dominują Porsche, BMW i Mini. W weekend, który spędziłem w najfajniejszej miejscowości świata, wszędzie panoszyły się Hondy NSX (zapewne odbywał się tam zlot fanów tego modelu). Momentami miałem wrażenie, że jest ich tam więcej, niż w ogóle ich powstało. Tyle ich było! A po co przyjeżdżać na Nürburgring? Niektórym chodzi o to, by wykręcić jak najlepszy czas, a niektórym o to, by po prostu przejechać się po najsłynniejszym odcinku asfaltu na ziemi.

Mniejsza o powody. Na torze obowiązuje kilka zasad - na przykład wyprzedzamy tylko z lewej, a wolniejsi ustępują drogi szybszym kierowcom. Czy ja komuś zjeżdżałem? Oczywiście. Początkowo nie do końca ogarniałem sytuację. Rozum mówił: „tu jest ostry zakręt, wzniesienie, nie wiesz, co jest dalej, hamuj natychmiast!”, a kierowca wyścigowy siedzący obok cały czas krzyczał na mnie, bym jechał szybciej, bym nie hamował, bym wreszcie dodał gazu. Cenne wskazówki towarzysza podróży co do odpowiedniego biegu i rodzaju zakrętu (ostry w lewo na trójce, delikatny w prawo na piątce itd.) pozwoliły mi dość sprawnie (tak mi się przynajmniej wydawało) przejechać ten tor.

Po próbach własnych sił, przyszedł czas na przejażdżkę w fotelu pasażera. Powiem tak - DNA mojego kierowcy najpewniej nie miało typowego kształtu podwójnej helisy, ale wyglądało jak tor, po którym pędziliśmy. Jechaliśmy raptem 200-konnym Peugeotem RCZ, ale dzięki jego znajomości toru i doświadczeniu zdołaliśmy wyprzedzić kilka Porsche, BMW i masę innych aut, najczęściej szybszych, bardziej sportowych i groźniejszych. Dobry samochód w doświadczonych rękach oznaczał dla mnie niemożność utrzymania się w fotelu (dwa razy auto oderwało się od nawierzchni, a ja od fotela), nieskoordynowane przesuwanie się z jednej strony fotela na drugą oraz odczuwany do tej pory ból w lewej nodze (chyba chciałem się wbić w podłogę, by choć przez moment siedzieć stabilnie) i prawej ręki (nigdy nie trzymam się uchwytu nad oknem, ale tym razem był prawdziwym zbawieniem). Na szczęście nie musiałem skorzystać z papierowej torebki, ale gdyby moja mama wiedziała, co ja tam wyprawiałem i czego doświadczałem, byłaby z pewnością zaniepokojona

Jazda po Nürburgringu wykańcza psychicznie i fizycznie. Wyjeżdżasz z zakrętu i na styk wyprzedasz niespiesznie toczący się skuter. Z tyłu podjeżdża do ciebie groźne Porsche i po chwili jest już w innym landzie, po drodze ogłuszając cię swoim chyba nie do końca legalnym tłumikiem. Inne auta wyprzedzasz na milimetry. Bandy są tak blisko drogi, że czujesz się niczym rozjuszony, cierpiący na klaustrofobię drapieżca zamknięty w klatce. W kilku miejscach widzisz znaki z ograniczeniem prędkości (hello!), ale zanim zdasz sobie sprawę, że być może należałoby się do nich stosować, jesteś trzy zakręty dalej i walczysz o to, by nie wylecieć przez bandę do lasu. I to wszystko dzieje się w tym samym momencie. Szybkość, z jaką musisz zmieniać biegi, hamować, przyspieszać, kręcić kierownicą i patrzeć w lusterka sprawia, że jesteś w transie, nie zdajesz sobie do końca sprawy, co się dzieje, gdzie jesteś, co się może stać. Jesteś jak zahipnotyzowany i to jest piękne. Jesteś na najlepszym torze świata i generalnie jest świetnie. Tyle tylko że to nie jest tor.

Ironia polega na tym, że zgodnie z literą niemieckiego prawa Nürburgring jest jednokierunkową, płatną drogą publiczną. Nie jest to tor wyścigowy, ale zwykła droga. Owszem, ma bandy po bokach, to charakterystyczne, jednoznacznie kojarzące się z wyścigami biało-czerwone wykończenie zakrętów i kończy się tam, gdzie się zaczął, ale to tak naprawdę zwykła droga, jak każda inna w Niemczech. Za przejazd na odcinku nieco ponad 20 km trzeba zapłacić 24 euro - czy wciąż uważasz, że nasze autostrady są drogie? A tak w ogóle to skoro Nürburgring jest zwykłą drogą, to czy jest sens, bym podawał rekordowo szybki przejazd dla samochodu produkowanego seryjnie? A niech tam. Wynosi on 6:48 minuty i należy do Radicala SR8 LM, ale to przecież nieważne. Wystarczy znaleźć krótszą drogę z mniejszą ilością zakrętów i voila, kolejny rekord gotowy.

Filip Otto

ZOBACZ TAKŻE:

Citroen DS3 vs. Peugeot RCZ vs. Renault Clio RS Gordini | Za kierownicą

Peugeot RCZ - ogłoszenia

Więcej o: