U wrót tropikalnego piekła

Żar lejący się z nieba i zwały błota to cechy charakterystyczne prologu, który rozpoczął ekstremalny rajd Rainforest Challenge w Malezji. Tylko nieliczni poradzili sobie ze wszystkimi przeszkodami, jakie wyznaczył im organizator. Wielu poważnie uszkodziło auta; jeden z teamów w nocy wymieniał nawet silnik. A była to dopiero przygrywka...
"Daniem głównym" rajdu będzie ponadtygodniowa przeprawa przez tropikalną dżunglę. Jeden z zapowiadanych etapów będzie trwał aż trzy dni, w czasie których zawodnicy pokonają zaledwie... piętnaście kilometrów (!) trasy. To pokazuje, jak trudne czeka ich zadanie... Wiele mówią już same nazwy poszczególnych etapów: "Schody do piekieł", "Strefa mroku" czy "Terminator", które - jak twierdzą ci, którzy już tu startowali - nie zostały im nadane przypadkowo.

Już rozegrany w czasie pierwszych dwóch dni prolog (w sumie sześć odcinków specjalnych) pokazał, że malezyjski ekstrem zasłużenie cieszy się opinią jednego z najtrudniejszych na świecie. W słonecznym skwarze na oczach kilku tysięcy widzów czterdzieści zespołów reprezentujących kilkanaście krajów świata (w tym Polskę) rywalizowało na technicznych oesach - krótkich, czasem nawet kikudziesięciometrowych, ale niezwykle "sytych". Nad ich ukształtowaniem długo pracowały koparki, wyrabiając ogromne doły i wyrwy - reszta była już dziełem natury, która ulewnymi deszczami dodatkowo "zmodyfikowała" przeszkody.

- To było wyjątkowo trudne odcinki - mówi Piotr Kowal z Land Serwis Team, należący do najlepszych kierowców przeprawowych w Polsce, który w Malezji startuje Range Roverem. - Jednego z oesów przez cały dzień nie była w stanie pokonać żadna z załóg. Wszystkim kończyły się limity czasu, lub utykali w takim miejscu, skąd już nie mogli się wydostać. Dopiero wieczorem udało się z nim rozprawić malezyjskiemu kierowcy.

Pełne łopaty roboty

Nieszczęśników, którzy ugrzęźli na trasie, z opresji ratowały dwie potężne koparki na gąsienicach, które przez cały dzień miały pełne "łopaty" roboty. Nie tylko wyciągały auta, ale czasem prostowały np. pogięte kotwice, które służyły zawodnikom do podpinania lin wyciągarek. Kłopoty z kotwicami miały między innymi obie polskie załogi. - Mamy ciężkie auta i mocne wyciągarki mechaniczne - kotwice nie radzą sobie z takimi siłami - wyjaśnia Marek Janaszkiewicz.

- Staramy się jechać spokojnie. Mamy stosunkowo ciężki i długie auto, którym dosyć trudno manewrować - uspokaja Piotr Kowal. - Ale i tak jesteśmy zadowoleni, bo zaliczyliśmy cztery z sześciu oesów.

Nieco gorszy wynik uzyskała druga z polskich załóg - Marek i Agnieszka Janaszkiewczowie, która choć należy do weteranów Rainforest Challenge, w całości ukończyła jeden odcinek, ale zdobyła punkty za pokonanie znacznej długości kolejnych czterech oesów. Pani Agnieszka - jedyna kobieta startująca w rajdzie - w międzyczasie stała się ulubienicą fotoreporterów, którzy z upodobaniem robili zdjęcia drobnej pilotce zmagającej się z ciężką kotwicą.

Ssangyong wkracza do akcji

Dwudniowy prolog pokazał, które załogi będą liczyły się w walce o zwycięstwo, a które przeprawę przez Lasy Deszczowe traktują bardziej jako przygodę. Faworytami są na pewno Malezyjczycy. Jadą lekkimi autami (najczęściej Toyotami BJ), wyposażonymi w kilkusetkonne silniki, wyciągarki mechaniczne (czasem nawet dwie!) oraz zwolnice (dodatkowe przekładnie przy mostach napędowych, zwiększające moment obrotowy i podnoszące prześwit auta). Z drugiej strony zdarzają się auta słabo przygotowane, lepiej prezentujące się niż faktycznie jeżdżące. Ewenementem jest zwłaszcza "ekstremalny" Ssangyong Action Sports, który wyraźnie odstaje od reszty samochodów, ale za to pachnie nowością i świetnie wygląda.

Po prologu na zawodników czeka dżungla, gdzie nie ma łączności, prądu ani zdatnej do picia wody. Odtąd przez cały tydzień trzeba liczyć na własne siły, potrafić samodzielnie naprawić samochód, przygotować jedzenie i nocleg. A przede wszystkim nie poddać się w walce z własnymi słabościami i niedoskonałościami swego pojazdu.





Więcej o: