Z ziemi polskiej do malezyjskiej

Polski zespół Land Serwis Team po kilkudniowej podróży z przystankami (krótszym - w Amsterdamie i dłuższym - w stolic Malezji, Kuala Lumpur) dziś dotarł na start rajdu Rainforest Challenge, który cieszy się opinią jednego z najtrudniejszych ekstremów na świecie. Na zawodników, którzy (z własnej woli!) ściągają tu z całego świata, czeka ponadtygodniowa przeprawa przez malezyjską dżunglę, w upale, błocie i przy nieprzerwanie padającym (z większym bądź mniejszym natężeniem) deszczu. Prolog, który rozpocznie zawody, zaplanowano na sobotni poranek.
Tegoroczna impreza odbywa się pod hasłem "Dekady z Rainforest Challenge" (po raz pierwszy rajd zorganizowano w roku 1997), dlatego organizatorzy dokładają starań, aby nikt nie mógł im zarzucić braku gościnności. Hotel, w który odbyło się zgrupowanie zawodników, leżał u samych stóp gigantów architektury - słynnych wież Petronas Towers o wysokości - bagatela - 452 m. Niemal codziennie mają miejsce kolejne bankiety powitalne i spotkania z oficjelami - czasem można mieć wątpliwości, czy znajdujemy się na rajdzie ekstremalnym, czy ekskluzywnej wycieczce do dalekiej Azji. Ale będzie tak tylko do czasu - z chwilą, gdy zawodnicy zapuszczą się w dżunglę, rozpoczną walkę o przetrwanie, a dotychczasowe atrakcje staną się już tylko wspomnieniem, motywującym ich, aby się nie poddawać.

Polacy z Land Serwis Teamu we środę odebrali swoje auta z portu, gdzie dotarły po trwającej blisko miesiąc podróży przez morza i oceany. Niemal całą resztę dnia zajęło im pakowanie samochodów, w których musiał się pomieścić tygodniowy prowiant, niezbędne narzędzia, części zapasowe i rzeczy osobiste. Oba Land Rovery w trakcie rajdu będą bowiem służyły nie tylko do ścigania się na oesach, ale również do długiej i wyczerpującej jazdy przez dżunglę. Zawodnicy będą musieli liczyć na własne siły i zaradność - nikt im nie pomoże naprawić samochodu, ani ich nie nakarmi. O wszystko muszą sami się zatroszczyć.

- W tym roku może być naprawdę ciężko - mówi Marek Janaszkiewicz, który wraz z żoną Agnieszką w rajdzie startuje już po raz szósty. - Z tego co słyszałem od organizatorów, trasa będzie podobna do tej z roku 2005, na której znajdowało się mnóstwo wodnych przeszkód. Teraz podobno tam mocno pada, poziom wody się podniósł, więc czeka nas niełatwe zadanie... Przed dwoma laty z piętnastu samochodów, które wjechały do dżungli, do mety dotarło zaledwie pięć. Innym skończyło się paliwo, zabrakło racji żywnościowych, auta odmówiły posłuszeństwa... Zawodnicy ewakuowali się z dżungli pieszo, a swoje samochody odzyskali dopiero po zakończeniu rajdu. W tym roku zapowiada się równie ciekawie...

Zdaniem doświadczonych zawodników "kłopotem" w tym roku może być również duża liczba rajdówek zgłoszonych do startu. - Większość trasy pokonujemy w kolumnie i jeśli jedno auto ma problemy, pozostałe muszą czekać, bo nie ma jak go wyminąć - mówi polski kierowca. - Czasem noc zastaje nas "w trasie". Zdarzały już nam się noclegi obok auta, które przypinaliśmy wyciągarką do drzewa, aby mieć pewność, że rano będzie nadal stało w tym miejscu, a nie stoczy się po stromiźnie, którą właśnie z trudem pokonaliśmy.

Piątek będzie ostatnim dniem "wolnym", w czasie którego auta przejdą badania techniczne. Pomimo komfortowych hoteli i świetnego wyżywienia wszyscy już nie mogą się doczekać sobotniego prologu i rozpoczęcia walki z dżunglą. Czemu się tu dziwić? Off-roaderzy lubią przecież mawiać, że "im gorzej, tym lepiej"...

Arek Kwiecień

Więcej o: