Brytyjski mistrz Le Mans | Derek Bell | Wywiad

Jeżeli choć raz widzieliście wyścig 24h Le Mans to wiecie jak wielki wysiłek musi włożyć kierowca aby na mecie móc świętować sukces. Niedawno miałem okazję rozmawiać z kierowcą, który wielokrotnie poznał smak zwycięstwa w tym morderczym wyścigowym maratonie. O tym jak stał się kierowcą, w jakich okolicznościach poznał Enzo Ferrari i które zwycięstwo jest dla niego najcenniejsze, rozmawiałem z Derekiem Bellem - pięciokrotnym zwycięzcą 24h Le Mans, trzy krotnym zwycięzcą 24h Daytona, fabrycznym kierowcą Ferrari i prawdziwym brytyjskim gentlemanem

Piotr Sielicki: Bardzo miło jest Pana widzieć w Warszawie. Podoba się Panu w Polsce?

Derek Bell: Jestem tu dopiero pół dnia, ale nie ukrywam, że jestem bardzo mile zaskoczony tym co tutaj zastałem. Jest dużo, dużo, dużo ładniej niż to sobie wyobrażałem.

P.S.: Miło słyszeć taką opinię od kogoś kto podróżuje po całym świecie. Dzisiaj spotykamy się w warszawskim salonie Bentley?a co podkreśla tematykę naszego spotkanie. Jak zaczęła się Pana przygoda z motoryzacją i wyścigami?

D.B.: Mieszkałem na południu Anglii i od wieku mniej więcej 8 lat prowadziłem różne maszyny, które pomagały nam w pracy na farmie należącej do mojej rodziny. Były to traktory, samochody terenowe i wszystko to co jeździło. Tor Goodwood znajdował się bardzo blisko naszej posiadłości i często w trakcie prac widziałem jak różne samochody się po nim ścigały. Wtedy powtarzałem sobie, że też kiedyś będę tak jeździł i patrząc na to marzyłem żeby tak się stało. W wieku mniej więcej 15 lat najpierw ojciec a później ojczym zaczęli zabierać mnie na odbywające się w Goodwood wyścigi. Wtedy po raz pierwszy widziałem takich kierowców jak Stirling Moss, Jimmy Clark, Juan Manuel Fangio i z otwartą buzią patrzyłem na to jak jeżdżą.

P.S.: Wtedy wiedział Pan już, że ściganie się to jest to co chce Pan robić w życiu?

D.B.: Bardzo tego pragnąłem. W tamtym momencie aby móc być jak najbliżej wyścigów mogłem zostać jedynie marshallem ( przyp. red. osobą stojąca na zakręcie z flagami i w razie zmiany sytuacji na torze machającą odpowiednią z nich). Aby nim zostać zapisałem się do lokalnego automobilklubu. Dzięki temu po raz pierwszy mogłem pojawić się na torze, ponieważ na wybrane dla nas stanowiska dowożono nas właśnie po trasie wyścigu. Miałem wtedy 16 ? 17 lat i byłem wniebowzięty. Kolejnym etapem było zapisanie się do szkoły jazdy. Najbliższą była oddalona o jakieś 180 mil na północ Anglii -  Jim Russel Driving School. Trafiłem tam mniej więcej w tym samym czasie, w którym zacząłem naukę w college?u i na prawdziwe ściganie po prostu nie miałem funduszy. Moja rodzina żyła na godnym poziomie i toczyliśmy szczęśliwe życie zajmując się farmą, ale nie był to ten pułap, który pozwalał by na inwestowanie w moje wyścigi. Za własne zarobione na farmie pieniądze, w ciągu 18 miesięcy ukończyłem kurs jazdy w szkole Jimmiego Russela. Trwało to tak długo dlatego, że sam kurs również nie należał do tanich.

P.S.: Czy w trakcie szkolenia został Pan jakoś zauważony?

D.B.: Pod koniec szkolenia., przyglądający się naszym jazdom Jimmi Russel, zapytał kto jeździł wskazanym samochodem. Zaskoczony tym faktem odpowiedziałem, że ja. Wtedy Jimmi powiedział, że gwarantuje mi, że jest przede mną wielka przyszłość w wyścigach i w ciągu najbliższych lat będę mógł zostać kierowcą w fabrycznym zespole. Pamiętam też, że powiedział mi wtedy, że on już niczego więcej nie jest w stanie mnie nauczyć.

P.S.: Mógł Pan wtedy liczyć na wsparcie swojej rodziny?

D.B.: Raczej nie. Pamiętam, że po mojej ostatniej rozmowie z Jimmimi Russelem, wróciłem wieczorem do domu i mój ojczym siedząc na kanapie opuścił w dół gazetę, którą czytał i zapytał jak było. Odpowiedziałem, że niewiarygodnie dobrze. Wtedy powiedział, że jeżeli udowodnię mu swoje wysokie umiejętności to mi pomoże. Po zakończeniu nauki zostałem managerem na farmie i zajmowałem się jej funkcjonowaniem. Poznałem wtedy człowieka, który szybko stał się moim dobrym przyjacielem. Przyjeżdżał do nas w celu sprzedaży maszyn rolniczych. Pewnego razu powiedział, że bardzo lubi samochody i chciałby być zaangażowany w wyścigi. Zgodził się na wsparcie mojego dalszego rozwoju. Kupiliśmy wtedy Lotusa 7, którego skończyliśmy budować pół roku później. Zgłaszając się wtedy do mojego pierwszego wyścigu nie wiedziałem, że w strugach deszczu odniosę swoje pierwsze zwycięstwo. I tak to się zaczęło.

P.S.: Czyli miejsca urodzenia może mieć jednak duży wpływ na potoczy się życie. Pierwszym Pana własnym wyścigowym samochodem był Lotus 7. To auto nadal jest produkowane i wiele osób ściga się nimi po torach na całym świecie. Lubił go Pan?

D.B.: Raczej nie. Lotus 7 nie był stuprocentowym autem wyścigowym. W szkole Russela jeździłem prawdziwym bolidem ? Lotusem 22, wiec w porównaniu do niego Lotus 7 był tylko kompromisem w dążeniu do obranego celu, czyli startu w prawdziwym wyścigu. Może wydawać się to trochę dziwne, ale nigdy nie lubiłem jeździć samochodami zbudowanymi do wyścigów na bazie seryjnych aut. Nie miałem przyjemności z ich prowadzenia. Obecnie tzw. touring cars oczywiście są dużo lepsze, ale kiedyś nie były nawet dobre. Kiedy wsiadałem do Porsche 962 czy bolidu Formuły 1 czułem, że to jest prawdziwa maszyna do jazdy po torze.

P.S.: Jeżeli rozmawiamy już o pańskich początkach za kierownicą, muszę zapytać czy pamięta Pan swój pierwszy drogowy samochód?

D.B.: O tak. Moim pierwszym samochodem był Ford 10. To był dwudrzwiowy, szczerze mówiąc okropny samochód. Dostałem go od rodziców. Zawsze myślałem, że jako pierwsze auto kupią mi Austin-Healey. Jak bardzo się myliłem...(śmiech). Pamiętam, że ojciec kupił mi Forda za 100 funtów, a jego historia zakończyła się pewnego dnia, gdy odwiozłem mojego kolegą do szkoły i wracając do domu dachując uderzyłem w stojący przy drodze budynek. To był jego koniec. Potem nie miałem żadnego auta. Następnie, jeżeli dobrze pamiętam, za 30 funtów kupiłem Morrisa i naprawdę lubiłem to auto. Był całkiem szybki i miał fajny styl. Miałem też fantastycznego Austina 3000, którym jeździłem kilka lat, ale musiałem go sprzedać gdy zdecydowaliśmy się na zakup Lotusa 7. Wtedy przesiadłem się do Mini Coopera, który był po prostu bardziej ekonomiczny i pozwalał mi na zaoszczędzenie sporej ilości gotówki na Lotusa.

P.S.: Widać, że brytyjska motoryzacja była Panu wtedy najbliższa, ale trzeba przyznać, że miała wówczas swój fantastyczny charakter. Wracając do wyścigów. Czy po wygranej w pierwszym starcie Pana kariera nabrała tempa?

D.B.: Zdecydowanie. W 1967 roku wygrałem osiem wyścigów w Formule 3, do której się przesiadłem. Po tym sezonie wiedziałem, ze muszę iść wyżej do Formuły 2. Wtedy pożyczyliśmy pieniądze i kupiliśmy dwa silniki po 2500 funtów każdy i nadwozie za kolejne 2500 funtów. Nasz mechanik przeszedł szkolenie w warsztatach słynnego już wtedy Brabham i Coswortha aby wiedzieć jak zbudować nadwozie oraz przygotować silniki. Kiedy wszystko było już gotowe wzięliśmy udział w pierwszym wyścigu sezonu i zająłem wtedy 3 miejsce za Jean-Pierre Beltoise i Jackie Stewartem, co było świetnym wynikiem ponieważ byłem tak naprawdę kierowcą z nikąd. Po czterech rundach sezonu otrzymałem telefony z ofertami startów od Colina Chapmana (założyciela koncernu Lotus), Charlesa Coopera oraz Enzo Ferrari. Wszystkie w ciągu jednego miesiąca.

P.S.: Wtedy właśnie poznał Pan słynnego Enzo Ferrari?

D.B.: Tak, pojechałem na testy bolidu Ferrari Formuły 2 na torze Monza, a następnie zostałem zaproszony do fabryki i tam poznałem Enzo. To było niewiarygodne przeżycie. Był legendą nawet za życia. Czekałem na niego w salonie Ferrari, który tego dnia był zamknięty. Enzo idąc w moją stronę wyłonił się zza rogu w czerwonym płaszczu, z zaczesanymi do tyłu włosami i w swoich słynnych okularach. Nie zapomnę tego widoku do końca życia. Zaoferował mi wtedy kontrakt. Nie byłem do niego nastawiony bardzo entuzjastycznie ponieważ słyszałem, że bardzo mocno naciskaja na swoich kierowców i nie podpisałem tego kontraktu. Nie miałem wtedy managera więc takie decyzje podejmowałem samodzielnie. Poprosili mnie żebym się jeszcze zastanowił i wziął udział w kolejnych testach oraz w testowym wyścigu nazywanym Lotteria. To było coś niesamowitego. Włoska Monza, około 50 samochodów Formuły 2 i najlepsi kierowcy w stawce. Zdobyłem wtedy pole position. Zakwalifikowałem się jako najszybszy z nich i do dzisiaj nie wiem jak to się stało. Pewnie auto było bardzo dobre i ja też dałem z siebie wszystko.

D.B.: W trakcie wyścigu jechałem w okolicach 10 miejsca. Pamiętam, że największą różnicą w jeździe Ferrari było to, że moc silnika rosła bardzo gładko i dopiero pod koniec obrotów osiągała swoje maksimum. W tym wyścigu jej utrzymanie było bardzo trudne dlatego, że nie mogłem trzymać pedału gazu wciśniętego do końca bo cały czas toczyła się walka z innymi kierowcami. Silniki Coswortha, z którymi startowałem wcześniej były mocne od samego dołu i w takich warunkach sprawdzały się dużo lepiej. Niestety nie ukończyłem tego wyścigu bo ktoś uderzył mnie w tył i wypadając z toru zaliczyłem kilka obrotów. Kontraktu z Ferrari nadal nie podpisałem, dostałem tylko wypłatę za wyścig i wróciłem do domu. 3-4 dni później otrzymałem kolejny telefon z Włoch z prośbą o podpisanie kontraktu. Wtedy ojciec powiedział, żebym to zrobił i poleciałem ustalić szczegóły i złożyć podpis. Tak stałem się częścią słynnego Ferrari.

P.S.: Pierwszym Pana oficjalny wyścig w barwach Ferrari miał miejsce na holenderskim torze Zandvoort. Pamięta Pan to wydarzenie?

D.B.: W pierwszym biegu zdobyłem pole position, prowadziłem cały wyścig i wygrałem go. W drugim etapie najszybszy był Regazzoni i w finałowym starciu weekendu przewodziłem stawce, gdy Regazzoni uderzył w tył bolidu Chrisa Lamberta, który uderzając w bandę zginął na miejscu. Mimo tego organizatorzy zdecydowali się wznowić wyścig, co było dla mnie lekko szokujące. Po restarcie miałem problem ze skrzynią biegów i musiałem zjechać do boksów. Mechanik za pomocą śrubokręta wbił mi bieg i pojechałem dalej. Ostatecznie nie udało mi się wygrać, ale pozostawiłem po sobie dobre wrażenie. Po tym wyścigu kierownictwo zespołu zadecydowało, że to dobry moment, żebym usiadł za kierownicą bolidu Formuły 1. Wysłali mnie do Modeny, gdzie wtedy w środku miasta znajdował się tor testowy. Pamiętam, że lało wtedy jak z cebra a my nie mieliśmy opon na deszcz. Mauro Forghieri (inżynier Ferrari - przyp. red.) powiedział wtedy do mnie z typowym włoskim akcentem: ?Jeżeli rozbijesz ten samochód, to będzie to ostatni raz kiedy będziesz jeździł czerwonym bolidem, może zielonym, ale już nigdy czerwonym?. Dojeżdżając do pierwszej szykany i długiego lewego zakrętu, przy którym znajdowało się parkowe wzniesienie widziałem, że obserwuje mnie sam Enzo. Siedział w swoim aucie i patrzył jak jadę, więc zdawałem sobie sprawę, że muszę się pokazać z dobrej strony. Udało się i w pierwszym testowym wyścigu, w którym startowałem ja i Chris Diamond, zakwalifikowałem się do trzeciego bądź czwartego rzędu. Nie wiedziałem wtedy nic o jeździe tym autem. Starałem się po prostu dojechać cało do mety. Niestety w trakcie wyścigu pojawił się ten sam problem ze skrzynią biegów co wcześniej w Formule 2 i jeżeli dobrze pamiętam byłem wtedy ostatni. Po kolejnych kilku wyścigach w F2, zespół zaproponował mi start w wyścigu Formuły 1. Chcemy żebyś pojechał w Grand Prix Włoch. I to był wyjątkowy moment ponieważ stanąłem na starcie swojego pierwszego wyścigu królewskiej kategorii.

P.S.: Prowadzić Ferrari w Grand Prix Włoch. Czy zawodnika może spotkać większe wyróżnienie?

D.B.: To było spektakularne wydarzenie. Moi koledzy ? Chris Amon stał w pierwszy rzędzie, Jacky Ickx w drugim a ja w trzecim. To nie był zły wynik. Stałem na starcie obok Jackiego Stewarta po lewej i Danniego Hulme po prawej.

P.S.: W trakcie swojej kariery wygrał Pan 5 razy wyścigi 24h Le Mans i 3 razy 24h Daytona. Siedem z ośmiu tych zwycięstw miało miejsce za kierownicą Porsche, jednak Pana przygoda z Le Mans zaczęła się również za kierownicą Ferrari.

D.B.: Byłem wielkim szczęśliwcem, że mogłem prowadzić bolidy Ferrari. Kiedy współpraca z zespołem na poziomie Formuły 2 dobiegła końca, Jack Swaters, który był importerem Ferrari do Belgii - uroczy człowiek, który zmarł w zeszłym roku, zapytał mnie czy chciałbym wystartować jego autem w wyścigu na torze Spa. Nigdy nie startowałem sportowymi modelami Ferrari w wyścigach długodystansowych i nie wiedziałem, że Ferrari będzie w nich startować więc tym bardziej nie byłem pewny czy będę konkurencyjny. Pomysł bardzo mi się spodobał i oczywiście się zgodziłem. Wystartowałem w Spa i jechałem naprawdę szybko. Mój kolega z zespołu nie był aż tak dobry, ale pokazaliśmy, że również w wyścigach długodystansowych Ferrari może być konkurencyjne. Po tym wyścigu włosi zwrócili się do Jacka Swatersa i powiedzieli, że chcemy Bella u siebie w zespole. Jack przekazał im, że najpierw musi ze mną porozmawiać, a ja nie byłem co do tego przekonany. Jack powiedziałem jednak, że ?,musisz pojechać dla Ferrari bo w przeciwnym razie będziemy mieć problemy z dalszą współpracą?. Zgodziłem się i wystartowałem w 24-godzinnym wyścigu Le Mans wspólnie z Ronnie Petersonem, który był moim wielkim idolem.

P.S.: Prowadziliście wtedy Ferrari 512?

D.B.: Tak, przez pewien czas byliśmy nawet na 5-6 miejscu, ale w pewnym momencie silnik wybuchł na końcu prostej Mulsanne i było po wyścigu. Tak skończyło się dla mnie moje pierwsze Le Mans. Po tym wyścigu otrzymałem telefon od poznanego wcześniej na testach Forda GT40, Johna Wyer?sa, który zaproponował mi testy Porsche 917, co było dla mnie świetnym doświadczeniem.

P.S.: Za kierownicą Ferrari 512 wystąpił Pan również w filmie Le Mans, w którym główną rolę grał Steve McQueen. Słyszałem, że podczas zdjęć do tej produkcji, Pan i pańska rodzina mieszkali w domu razem z rodziną McQueenów.

D.B.: Tak. Przez trzy miesiące mieszkaliśmy razem i staliśmy się wtedy przyjaciółmi. Poznałem go wcześniej w Hollywood w trakcie jednego z amerykańskich wyścigów, w których brałem udział. Później rozmawialiśmy wielokrotnie przez telefon. Steve lubił też pisać listy. Trzy miesiące przed śmiercią, zadzwonił do mnie do biura. Moja asystentka powiedziała, że Pan McQueen dzwoni. Odpowiedziałem, że do niego oddzwonię. I nigdy tego nie zrobiłem. Zastanawiam się teraz co chciał mi wtedy powiedzieć. Zawsze gdy o tym myślę jest mi bardzo przykro.

D.B.: Steve McQueen powiedział kiedyś, że sam nie wie czy jest aktorem, który się ściga czy kierowcą wyścigowym, który gra. Co Pan jako kierowca wyścigowy, który był jego przyjacielem o tym myśli?

D.B.: Był bardzo dobrym kierowcą. Kiedy go poznałem, na pewno lepszym ode mnie bo miałem wtedy za sobą dopiero kilka wyścigów. W filmie nigdy nie jeździł na sto procent, ale był np. drugi na słynnym torze Sebring. Pamiętam jak podczas wyścigu jechaliśmy jeden za drugim w Porsche 917 i przez pięć okrążeń nie mogłem go wyprzedzić. Później na jednej szykanie mocno mu odskoczyłem a on o mało nie wypadł tam z toru. Po wysiadce z samochodu przybiegł do mnie i zapytał: Czy pojechałeś tam z dopiętą do końca czwórką? Odpowiedziałem, że nie musiałeś mnie naśladować, mogłeś zwolnić, ale on nie chciał bo takim był człowiekiem. Był po prostu bardzo dobrym kierowcą.

P.S.: Rozmawiając o wybitnych osobach, które poznał Pan w trakcie swojej karier nie możemy nie wspomnieć o Jacky Ickx?ie. Był Pana wielokrotnym partnerem w zespole. Jak wyglądały i wyglądają obecnie wasze relacje?

D.B.: Mieliśmy świetne relacje. Niestety przez to, że startowaliśmy na zmianę w trakcie wyścigu nie zamienialiśmy słowa. Jacky był stosunkowo zamkniętą osobą, ale bardzo prawdziwą. To co mi u niego imponowało to, że był zawsze bardzo dobrze zorganizowany. Ostatnio spotkaliśmy się kilka lat temu na otwarciu nowego Porsche Museum. Pamiętam, że po tym jak się przywitaliśmy, Jacky podszedł do mnie ponownie i powiedział: ?Byliśmy szczęściarzami, że razem jeździliśmy.? On jest bardzo głęboko myślącym człowiekiem a powiedział to 25 lat po naszej współpracy. To jest niesamowite, ponieważ jeżeli tak powiedział, to na pewno tak uważa.

P.S.: Który z samochodów, którymi Pan się ścigał był najlepszy?

D.B.: Porsche 962 musi być moim ulubionym autem bo spędziłem w nim najwięcej czasu i wygrałem kilka wyścigów. 917-tka też była świetna, ale to była krótka historia.  Mam jednak wrażenie, że mentalnie byłem najbardziej związany z Ferrari 333 SP i mogłem nim pojeździć jeszcze dłużej. Mimo tego, że był to samochód sportowy, prowadził się jak bolid.

P.S.: Jest Pan kilkukrotnym zwycięzcą dwóch chyba najważniejszych wyścigów długodystansowych na świecie ? 24h Le Mans i 24h Daytona. Dla Amerykanów Daytona jest tak samo ważna jak dla Le Mans dla Europejczyków. Jakie największe różnice widzi Pan miedzy tymi dwoma klasykami?

D.B.: Daytona zawsze była świetnym wyścigiem dlatego, że była swojego rodzaju rozgrzewką przed całym sezonem. Rozgrywana na początku każdego roku na pięć miesięcy przed Le Mans dawała obraz ogólnego przygotowania zespołu. W Daytonie bardziej liczył się samochód niż kierowca. Tor był stosunkowo prosty i jako jedyny nie posiadał szykany, którą później organizatorzy byli zmuszeni zbudować. Był też najszybszym wyścigiem w kalendarzu. Osiągało się tam cholerne prędkości. Oczywiście stając na jego starcie, każdy chciał go wygrać, ale Le Mans to było miejsce gdzie ta chęć była o wiele większa bo jest jak klejnot w koronie.

P.S.: W 1995 roku wystartował Pan w Le Mans po raz ostatni. To był wyjątkowy wyścig, ponieważ jechał Pan w zespole wspólnie z synem. Jak do tego doszło?

D.B.: W 1994 roku zakończyłem swoją karierę. Do tego czasu aż 23 razy stawałem na starcie tego wyścigowego maratonu i mając 52 lata uznałem, że już starczy. W 1995 roku mój syn Justin przygotowywał się do wspólnego startu McLarenem w barwach Harrodsa. Trzy tygodnie przed startem Justin zaproponował mi czy nie wystartował bym razem z nim. Pamiętam, że pomyślałem wtedy, że na pewno nie jestem gotowy do jazdy. Przede wszystkim mentalnie, ale zdecydowałem się i pamiętam, że było to wyjątkowe uczucie bo wspólnie stanęliśmy na podium z synem w dzień obchodów święta dnia ojca. Do dzisiaj uważam, że to było moje najbardziej niezapomniane Le Mans.

P.S.: No właśnie. W trakcie wielu lat, które spędził Pan na torach wyścigowych przejechał Pan wiele wyjątkowych wyścigów. Czy ma Pan wśród nich swój ulubiony?

D.B.: Pamiętam jak kiedyś odpowiadałem na podobne pytanie i teraz odpowiem tak samo. Myślę, że jest to wyścig Formuły 2 w Barcelonie w trakcie sezonu 1970. Po zakończonej współpracy z Ferrari wróciłem do zespołu Brabham. Wywalczyłem wtedy pole position wyprzedzając takich kierowców jak Fittipaldi, Regazzoni, Stewart

P.S.: Same gwiazdy...

D.B.: Tak i ten wyjątkowy uliczny tor w Barcelonie, gdzie nie było miejsca nawet na jeden obrót. Zawsze lubiłem tego typu tory, bo lubiłem bardzo precyzyjną jazdę. Wygrałem ten wyścig i mam wrażenie, że każde okrążenie było najszybszym. To był na pewno mój najlepszy wyścig. Późniejsze tryumfy w kategoriach samochodów sportowych dzieliłem już z innymi kierowcami.

P.S.: Obecnie jest Pan związany z marką Bentley, której samochody mają w sobie od zawsze wyścigowy geny. Którym z nich lubi Pan jeździć najbardziej?

D.B.: Wszystko zaczęło się 11 lat temu gdy pracowaliśmy nad wyścigowym prototypem Speed 8. Od tamtego czasu jeżdżę Continentalem GT. Nie jestem sprzedawcą tych samochodów więc nie traktuj tego co powiem jako reklamy, ale naprawdę uwielbiam nim jeździć. Jest sportowy, ale zarazem tak wygodny, że można nim przejechać setki kilometrów i wysiąść wypoczętym. Możecie sobie wyobrazić, że przez 11 lat nigdy mnie nie zawiódł? To jest naprawdę fantastyczne auto. Zawsze gdy nim jadę mam uśmiech na twarzy

P.S.: Mam wrażenie, że właśnie dzięki temu co powiedział Pan na końcu każdy kierowcy może określić czy naprawdę lubi swoje auto. Uśmiech, który pojawia się sam w trakcie jazdy mówi wszystko...

D.B.: Dokładnie. Tak jest właśnie za kierownicą Continentala GT

P.S.: Bardzo dziękuje za to wyjątkowe spotkanie i życzę udanego pobytu w Polsce.

D.B.: Ja również i do zobaczenia w Le Mans

Więcej o: