Niemcy wykupują nam auta?

Sprzedaż aut w Polsce rośnie jak na drożdżach, choć w większości państw Europy spada na łeb na szyję. Tanie auta w Polsce kupują kierowcy w Niemczech i dostają za to jeszcze premię od swojego rządu - oceniają eksperci - pisze Andrzej Kublik w Gazecie Wyborczej.
Tekst pochodzi z internetowego wydania Gazety Wyborczej.

Polska nie daje się motoryzacyjnemu kryzysowi, który dopadł kierowców w większości państw Unii. W lutym nasi dilerzy sprzedali 30,2 tys. nowych aut - o 7 proc. więcej niż przed rokiem i aż o 13 proc. więcej niż w styczniu, poinformowała firma doradcza Samar, ekspert branży motoryzacyjnej.

Już w styczniu polski rynek motoryzacyjny błyszczał na tle Europy. Sprzedaż nowych aut w Polsce zmalała tylko o 5 proc. - najmniej w całej UE, gdzie średnia spadków wyniosła 27 proc., licząc rok do roku.

W lutym poza Polską z jeszcze większym impetem do salonów ruszyli tylko kierowcy w Niemczech. Sprzedaż wzrosła tam aż o 22 proc. Za Odrą kierowców popchnął do salonów rząd. Od lutego władze w Berlinie dopłacają do 2,5 tys. euro do zakupu nowego auta kierowcom oddającym jednocześnie na złom samochody, który ma ponad dziewięć lat. Renault twierdzi, że po wprowadzeniu tej premii nie nastarcza z dostawami do Niemiec małych aut marki Clio i Dacia Logan z zakładów w Rumunii. Opel chwali się, że ma najwięcej zamówień od pięciu lat.

Polski boom w lutym to także efekt akcji rabatowej w Niemczech, oceniają eksperci. - Niemieccy kierowcy mogą dostać rządową premię także od aut kupowanych w Polsce, a są one u nas często dużo tańsze, po przeliczeniu cen ze złotego na euro - mówi szef Samaru Wojciech Drzewiecki.

Różnice bywają kolosalne. Najtańszy Opel Astra 1,4 w wersji trzydrzwiowej w Polsce kosztuje 53,7 tys. zł. W Niemczech za takie auto trzeba zapłacić 16,3 tys. euro, czyli przy obecnym kursie 76,5 tys. zł - prawie 23 tys. zł drożej. Najtańsza wersja Dacii Logan kosztuje w Niemczech 7,3 tys. euro, czyli równowartość 34,3 tys. zł. W Polsce w promocji takie auto jest oferowane za 25,5 tys. zł, prawie 9 tys. zł taniej.

Sprowadzając auto z Polski, niemiecki kierowca skorzysta jeszcze na różnicach w podatkach. Od ceny nowego auta sprowadzanego z Polski kierowca zza naszej zachodniej granicy może odliczyć VAT, który wynosi u nas 22 proc. W Niemczech zapłaci fiskusowi mniej, bo tam VAT wynosi 19 proc. A dodatkowo skorzysta, odliczając państwową premię od samochodu, który kupił w Polsce taniej.

Statystyk o zakupach nowych aut przez cudzoziemców nie ma. Nieoficjalnie mówi się, że to kilka tysięcy aut miesięcznie. - Według dilerów zagraniczni kierowcy kupują 10-15 proc. wszystkich aut. Już nawet dilerzy w Warszawie wysyłają po kilka, kilkanaście aut w jednym transporcie do Niemiec, a w zachodnich województwach może to być jeszcze więcej - mówi Drzewiecki.

- W Polsce nowe auta są teraz faktycznie najtańsze w Europie - przyznaje Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego (PZPM), stowarzyszenia przedstawicielstw koncernów. Ale Faryś minimalizuje wpływ niemieckich ulg na boom w Polsce. - Faktycznie niemieckie przepisy pozwalają korzystać z państwowych premii przy zakupie aut w innych państwach UE, pod warunkiem złomowania starego samochodu w Niemczech. Ale tym można wytłumaczyć tylko sprzedaż u nas kilkuset aut miesięcznie - uważa prezes PZPM. To co nakręca boom? Faryś. - Polscy kierowcy zdają sobie sprawę, że koncerny nie będą długo utrzymywać cen niższych niż na Zachodzie.

Na dotacjach do zakupu aut Berlin nie straci - uważa Drzewiecki. - Niemiecki fiskus zarobi więcej na podatku VAT, bo dzięki ulgom w tym roku Niemcy kupią dodatkowo 600 tys. aut - przypomina szef firmy Samar. Podobnie uważają inne rządy UE. Za złomowanie starych aut rządy Francji, Włoch i Rumunii dopłacają do zakupu nowych pojazdów 1 tys. euro. Na Słowacji za złomowanie starego auta rząd daje na zakup nowego pojazdu nawet 1,5 tys. euro, jeśli diler dołoży kierowcy jeszcze 500 euro rabatu.

Rządy wspierają motoryzację, bo według UE to jedna z najważniejszych branż europejskiej gospodarki, najmocniej przy tym dotknięta przez kryzys. Po spadku sprzedaży samochodów koncerny ograniczają produkcję i zwalniają masowo pracowników. Renault i Peugeot zdziesiątkowały personel we Francji. W Szwecji od połowy zeszłego roku pracę straciło ponad 10 tys. ludzi w przemyśle samochodowym.

W naszych zakładach motoryzacyjnych od jesieni zapowiedziano już zwolnienie ok. 10 tys. osób. Polska jako jedyny producent aut w Unii nie przygotowała żadnego programu wsparcia kierowców i przemysłu samochodowego w czasie kryzysu. Jako jedyni podnieśliśmy w czasie kryzysu podatki od aut (z silnikami ponad 2 litry). Teraz polscy kierowcy, kupując toyoty z silnikami z Wałbrzycha, płacą wyższe podatki, podczas gdy na Zachodzie nabywcy takich aut dostają premię. W styczniu Ministerstwo Gospodarki zapowiadało, że też chce premiować złomowanie starych aut. Ale potem o pomyśle ucichło.

Czy obecny boom poprawi sytuację motobranży w Polsce? - Za mało sprzedaje się aut, by to wpłynęło na stan naszego przemysłu. Sytuacja zakładów motoryzacyjnych poprawi się, jeśli rządowe premie na dłużej pobudzą największe rynki samochodowe - w Niemczech czy Francji. Ale koncerny zapowiadają, że kryzys się pogłębi - mówi Wojciech Drzewiecki. Przypomina, że zdaniem Stowarzyszenia Europejskich Producentów Samochodów produkcja aut w Europie zmaleje w tym roku aż o jedną czwartą.