Opel w opałach

Niemieccy politycy spierają się, jak pomóc Oplowi. Jego właściciel General Motors podobno chce zamknąć co najmniej dwie fabryki - taką wiadomość podała wczoraj agencja Bloomberg.
Stojący na krawędzi GM w ramach restrukturyzacji ma zamknąć fabryki w Bochum i Antwerpii oraz przeprowadzić cięcia w fabryce w Eisenach. Koncern informacji nie potwierdził, ale w Niemczech atmosfera zrobiła się lodowata. Opel to jedna z najbardziej rozpoznawalnych niemieckich marek na świecie. W czterech fabrykach w Niemczech zatrudnia 25 tys. ludzi. - GM prowadzi politykę spalonej ziemi - oświadczyli związkowcy.

Opel spędza sen z oczu niemieckim politykom od jesieni zeszłego roku. W listopadzie koncern poprosił rząd federalny i rządy landowe o gwarancje kredytowe na miliard euro. Oficjalnie tylko po to, by zabezpieczyć się na wypadek niespodziewanych trudności. Te pojawiły się bardzo szybko. Z powodu załamania się eksportu i problemów ze sprzedażą samochodów w fabrykach ograniczono produkcję.

Chwilowo samochody zjeżdżają z taśmy jak dawniej, ale tylko dlatego, że niemiecki rynek samochodowy przeżywa ożywienie. Rząd dopłaca 2,5 tys. euro do zakupu nowego samochodu (marka nie gra roli), pod warunkiem że zezłomuje się stary. Na dopłaty Berlin przeznaczył 1,5 mld euro. Gdy pieniądze się skończą, rynek czeka znowu flauta.

Rząd do tej pory nie podjął decyzji, czy udzielić koncernowi gwarancji, czy nie. Niemcy obawiają się, że pomoc, jakiej udzielą Oplowi, zostanie zużyta na ratowanie GM. Dlatego Niemcom chodzi po głowie pomysł przejęcia udziałów w Oplu i uniezależnienia go od Amerykanów. Pomysł najmocniej popiera premier Nadrenii Północnej-Westfalii Jürgen Rüttgers (CDU) - to na jego terenie leży przeznaczona do likwidacji fabryka Opla w Bochum. Westfalczyków wspiera chadecki premier Hesji Roland Koch. On na swoim podwórku ma główną fabrykę koncernu i centrum badawcze w Rüsselsheim (tam w 1862 Adam Opel otworzył fabrykę maszyn do szycia, zalążek koncernu). Pracę straciłoby nie tylko 18 tys. pracowników, ale też 50 tys. ludzi pracujących dla rozsianych w okolicy podwykonawców.

Wzorem dla Opla miałby być Volkswagen - 20 proc. akcji tego koncernu jest w posiadaniu Dolnej Saksonii. Takie rozwiązanie nie wszystkim się podoba. Odrzucają je liberałowie z FDP, którzy razem z chadekami współrządzą Westfalią i Hesją. Wczoraj, zanim gruchnęła wieść o decyzjach GM, zakup akcji Opla przez państwo wykluczał urząd kanclerski. Po informacjach z Ameryki opór chyba jednak zelżał. Premier Rüttgers pocieszał Niemców, mówiąc, że "jeszcze Opel nie zginął".