Top Gear, jakiego nie znacie

Półtorej godziny samochodowych gonitw, akrobacji i szaleństw, jakich świat nie widział. Słynny brytyjski program motoryzacyjny przenosi się z ekranu na estradę. Byliśmy na premierze "Top Gear Live" - widowiska, które można obejrzeć tylko na żywo.
Londyńska hala Earls Court. Wciąż nie mogę uwierzyć, że tu jestem. Zamiast się uszczypnąć, ściskam bilet wręczony mi przez BBC i wchodzę do wielkiej rotundy. A tu? Same atrakcje.

Na początek "MPH Motor Show" - dziesiątki zabytkowych Rollsów, tuningowane Astony i Ferrari wystawiane przez muzea i kolekcjonerów. Mijam je, zbliżając się do środka hali, gdzie przed chwilą przysiadł najprawdziwszy śmigłowiec Apache. Wokół krąży uzbrojony komandos. - Ależ toporny kloc - myślę sobie, zerkając to na śmigłowiec, to na komandosa. Wojskowy sprzęt latający z bliska wygląda zaskakująco niezgrabnie. W końcu wojsko nie musi być piękne, tylko skuteczne.

VIP-owska przepustka z logo "Top Gear Live" pozwala mi wejść do zamkniętej strefy dla prasy. Przy zmrożonej buteleczce białego wina poznaję pozostałych członków zaproszonej przez BBC grupy. Jest ich tylko dwoje: dziennikarz z Niemiec i reporterka z Meksyku. Ciężko się tu dostać. Nic dziwnego - nawet żeby dostąpić zaszczytu udziału w nagraniu telewizyjnej wersji "Top Gear", trzeba stanąć w długiej NA DWA LATA kolejce chętnych. A co dopiero tutaj.

Za chwilę dudniący megafon zaprasza nas do zajęcia miejsc na widowni na zapleczu Earl Court. Przemierzamy dziesiątki metrów wzdłuż ciężkich kotar, za którymi kryje się scena widowiska. Na krzesełkach tłoczy się na oko ze dwa tysiące ludzi. Siadam w dziesiątym rzędzie. Całkiem blisko.

Rydwany ognia

Show zaczyna się od kaskaderskich baletów samochodowych - pędzące po scenie samochody mijają się o włos i cudem nie wpadają na siebie. Całości towarzyszy muzyka zagłuszana przez warkot silników i pisk opon. Po ścianach śmigają snopy kolorowych świateł, na dachach samochodów - grupy tancerzy akrobatycznych. Całość wygląda jak ceremonia otwarcia olimpiady. Próbuję podejść z aparatem do barierek odgradzających scenę, by złapać lepszy kadr, ale czujny ochroniarz wyraźnie daje znak, by stał tam, gdzie stoję. I już wiem dlaczego. Po kolejnym salcie grupy akrobatów, przy akompaniamencie ryczących głośników, ze scenicznej rampy buchają potężne słupy ognia. Nawet w moim dziesiątym rzędzie robi się gorąco. Ufff, uniknąłem oparzenia trzeciego stopnia.

Podziwiam śmiałość organizatorów. I rozumiem jej przyczyny. Wszystko to nie jest zwyczajny "Top Gear", lecz premiera jego scenicznej odmiany. Mieszanka baletu, kabaretu i widowiska sportowego w atmosferze koncertu rockowego. Tego nie widzieliście w TV i nie zobaczycie. Na żywo, bez kamer i przy znacznie większej publiczności - gotowej zapłacić ponad 40 funtów za bilet. Arsenał środków wytoczony przez trójkę prowadzących "Top Gear", czyli Jeremy'ego Clarksona, Jamesa Maya i Richarda Hammonda, jest potężny. Oprócz nich samych na scenie szaleje sześciu kierowców kaskaderów i pięćdziesiąt innych osób, głównie tancerzy, muzyków i akrobatów.

Gdzieś między nimi przemyka tajemniczy Stig. Kolejne trzy dziesiątki osób liczy personel techniczny. Sprzęt (dziesiątki reflektorów, elementy scenografii, samochody, dwa wielkie ekrany) jest przewożony przez 15 tirów.

Efektowna, gorąca i hałaśliwa część artystyczna co chwila jest przetykana wygłupami Clarksona i jego kumpli. Jest czas na to, by dym opadł, a wentylatory wyssały zapach palonej gumy.

Panowie z "Top Gear" sprawnie wciągają do zabawy publiczność. Oto na scenę wjeżdża dziesięć supersamochodów: od Audi R8 i Mercedesa SLR, przez Astona i Porsche, po Spykera, Rollsa i Ferrari Enzo poddanych wiwisekcji przez Clarksona. Chwilę później ruszają publiczne tortury nad dziesiątką popularnych aut. Mamy głosowanie: komu samochód się podoba, ten wyciąga czerwoną kartkę z napisem "cool"; kto uważa auto za beznadziejne i pretensjonalne, pokazuje kartkę zieloną ("uncool"). Głosy zliczają specjalnie zaprogramowane inteligentne kamery.

Pierwsze skrzypce gra jednak przywódca loży szyderców, czyli biegający po widowni z mikrofonem Clarkson.

Biada temu, kto zagłosuje nie po jego myśli.

- Podoba się pani ten samochód?! - pyta z wyrzutem efektowną blondynkę z dwunastego rzędu. - A dlaczego się pani podoba?

- Eee, nie wiem - odpowiada zaskoczona dziewczyna.

Na to Clarkson: -Tak? A jak się pani nazywa? I, nie czekając na odpowiedź, szybko podsumowuje: - Tego też nie wie. Ale to nic, ładna dziewczyna.

Mam pecha. Siedzę nieco z boku sceny i Clarkson nawet nie zaczepił nogawką o nasz sektor. A szkoda, bo liczyłem, że moja podobizna choć na chwilę pokaże się na wielkim ekranie obok modelu Big Bena; nawet gdybym miał zostać ofiarą drwin gwiazdy "Top Gear".

Skocz pan przez autobus

Trójka prezenterów z wdziękiem nabija się z siebie nawzajem. Na scenę wjeżdżają trzy pojazdy "wyścigowe" prowadzących. May w furgonetce mleczarza załadowanej po dach akumulatorami; Hammond w rajdowej przyczepie kempingowej, a Clarkson w przyczepce do transportu koni ciągniętej przez atrapę tegoż zwierzęcia. Rozpoczyna się wyścig dookoła sceny. W ferworze walki z Hammondem, na wirażu koniowi Clarksona odpada łeb. May w zasadzie nie ruszył z miejsca, bo akumulatory okazały się tak ciężkie, że jego furgonetka z uniesionymi przednimi kołami wyleciała od razu z toru. Emocje sięgają zenitu. Publika szaleje. Gra muzyka.

Chwilę później Hammond (dopiero na żywo widać, jak mikrej jest postury) postanawia zabłysnąć przed kolegami i przeskoczyć na dziecinnym skuterku przez londyński autobus, piętrusa.

Próbuje być sprytny - ustawiony za pochylnią autobus jest z tektury i ma rozmiary pudełka po butach. "Chomik" Hammond przeskakuje bez problemu, więc ambitnie każe podstawić drugi autobus. Jednak Clarkson z Mayem robią mu kawał - zabierają mikroautobusik i stawiają swój - też z tektury, ale wysoki na dwa metry. Hammond wjeżdża na pochylnię, wylatuje i rozbija sobie nos na podstępnym autobusie. Publika wyje ze śmiechu.

Sędzia kalosz

Na deser oglądamy prawdziwy rarytas: mecz piłkarski Anglia - Niemcy rozegrany wielkim balonem z udziałem sześciu Smartów - po trzy w każdej drużynie. Kapitanem "Anglików" zostaje Hammond, "Niemców" May. Sędzia to oczywiście Clarkson gwarantujący rażącą stronniczość na korzyść drużyny angielskiej. Już w pierwszej minucie Jeremy zarządził niesprawiedliwego karnego dla Anglii. W połowie meczu doszło na dodatek do stłuczki w niemieckim zespole - May walnął w kolegę i jednego Smarta trzeba było wynieść na noszach celem wyklepania przedniego błotnika. Na pomoc przyszedł zawodnik rezerwowy w postaci Opla Kadetta z 1962 roku (serce podchodziło do gardła przy oglądaniu takiego zabytku narażonego na rozbicie). Pomogło. Zresztą i tak wiadomo, że piłka nożna to taka gra, w której na końcu zawsze wygrywają Niemcy. Mimo rozpaczliwych wysiłków Clarksona Niemcy wygrali 6 do 3. Ale czy mogło być inaczej, skoro Smart to niemieckie auto?

Finał widowiska to efektowna opowieść fantasy o zwycięstwie miłującego samochody człowieka nad potworem podnoszącym ceny za benzynę. Musiała skończyć się happy endem. A Clarkson nie byłby sobą, gdyby nie udzielił widzom ostatniego błogosławieństwa: - Gdy będziecie jechać do domu, pamiętajcie, żeby jechać szybko!