Święto destrukcji

W jednej chwili siedzisz w swojej kawiarni i sączysz poranne espresso, ciesząc się widokiem swojego pięknego Lamborghini Gallardo Spyder. W drugiej kawa przestaje smakować, bo z wartego fortunę auta zostaje dymiąca kupka zgliszczy.
Ta sytuacja zdarzyła się naprawdę - w Sint Truiden, niespełna 40-tysięcznym mieście w północno-wschodniej Belgii. Dwóch chuliganów zaczęło niszczyć samochody na parkingu, w przypadku cennego Lamborghini nie poprzestali na skopaniu drzwi i urwaniu lusterek. Podpalili je. Wandali na szczęście szybko złapano i udowodniono im winę - na pourywanych częściach samochodów były ich odciski.

Co jest jeszcze bardziej przykre w tej sytuacji? To, że brzydki francuski zwyczaj palenia samochodów może rozszerzać się na kraje ościenne. Rzadko mówi się o tym, że we Francji co roku w płomieniach giną tysiące samochodów. W ich podpalaniu celują protestujący młodzi chuligani - z przedmieść wielkich miast, przypominający reszcie Francji o swoim istnieniu.

Samochody płoną dość często, eskalacja pożarów następuje zawsze na fali protestów o podłożu socjalnym i narodowościowym oraz w Nowy Rok.

Kiedy wskazówki zegarów oznajmiły nadejście 1 stycznia 2009 roku, we Francji w płomieniach stało 1 147 aut. Rok wcześniej - 879.

To choroba przedmieść - w samym Paryżu spłonęło 12 aut, w dzielnicach mieszkalnych aż 442.

Podobnie jest w suburbiach Strasburga, Lille, Tuluzy i Nantes - nękanych bezrobociem, napływem imigrantów i brakiem perspektyw.

Palenie samochodów sąsiadów nie jest modą ostatnich kilku lat. Ten problem zaistniał we Francji już w latach 70. ubiegłego wieku. Wtedy na tych samych przedmieściach zapłonęły samochody podpalane przez taką samą młodzież, pozbawioną perspektyw, domagającą się większej atencji ze strony mediów, rządu i społeczeństwa.

Od tamtej pory liczba zniszczonych samochodów rośnie - w 2007 roku było ich aż 43 tysiące. To oznacza, że we Francji codziennie chuligani niszczą 118 samochodów swoich rodaków. Władze mają z tym poważny problem - interweniujące jednostki policji i strażaków często są atakowane przez lokalne gangi. Końca podpaleń nie widać, tym bardziej, że niektórzy w ten sposób pozbywają się swoich aut, wyłudzając ubezpieczenia. Ostrożne szacunki mówią, że aż jedna piąta spalonych samochodów to próba dorobienia kilku euro.

Pamiętajcie więc, wybierając się do Francji, by nie parkować samochodu na przedmieściach, bo możecie go bardzo łatwo stracić. Pozostaje mieć nadzieję, że przypadek spalonego Lamborghini z Belgii nie oznacza ekspansji francuskich zwyczajów na sąsiednie kraje.