Auta, które pogrążyły Detroit

Podobnie, jak nikt nie spodziewa się hiszpańskiej inkwizycji, tak też nikt nie przewidział, że w ciągu kilku miesięcy najwięksi producenci z Detroit staną na krawędzi bankructwa. Dlaczego tak się stało?
Jedni przyczyn kryzysu branży motoryzacyjnej dopatrują się w pęknięciu bańki kredytowej i spadku popytu, drudzy wskazują na złe zarządzanie, a jeszcze inni na zbyt potężne i przerośnięte związki zawodowe. Portal usnews.com sugeruje jednak, że tak naprawdę całą winę ponoszą kiepskiej jakości samochody, które zjeżdżały z taśm produkcyjnych Forda, Chryslera i General Motors jeszcze w czasach, kiedy firmy zarabiały miliardy dolarów rocznie. Dziś sytuacja się odwróciła, czas więc przypomnieć niektóre z motoryzacyjnych straszydeł z Detroit.

1) Ford Pinto - na początku lat 70-tych Pinto miało być szybką (i skuteczną) odpowiedzią Forda na tanie, importowane samochody. Niestety o samochodzie, w którym czasem wybuchał bak paliwa trudno jest powiedzieć cokolwiek dobrego. Na dodatek Ford nigdy oficjalnie nie uznał tak poważnej wady. Czy można się więc dziwić, że tanie i o wiele lepiej zbudowane kompaktowe Toyoty Corolle i Hondy Civic cieszyły się od momentu swojego wprowadzenia tak dużą popularnością? Przynajmniej nie eksplodowały.

2) Chevrolet Cavalier - W latach 80. General Motors sprzedał kilka milionów tych aut. Zarząd koncernu uznał wtedy, że jest to wóz tak dobry, że nie trzeba go już w żaden sposób poprawiać. Jak postanowili, tak uczynili - Cavalier nie doczekał się żadnej zmiany, mechanicznej czy wizualnej, przez ponad dekadę. Tymczasem Honda i Toyota zajęte były wprowadzaniem nowych wersji co 4-5 lat, zdobywając coraz większy udział w rynku. W końcu, w latach 90. pojawił się nowy Cavalier... i znowu trwał w niezmiennej formie przez kolejne dziesięć lat, podczas gdy producent rozwijał swoją ofertę dużych SUV-ów. Dzisiaj, jeśli ktokolwiek chce powiedzieć, że Amerykanie nie potrafią robić małych aut, podaje za przykład Cavaliera.

3) Chevrolet Astro - ten samochód to z kolei uosobienie zaniedbań General Motors w klasie minivanów. W latach 90. wszyscy już zorientowali się, jak dochodowy może być to segment. Wszyscy, oprócz GM. Astro był po prostu starym, opartym na konstrukcji ciężarówki, vanem. Samochód prowadził się jak cegła, a w testach zderzeniowych wypadał najgorzej w całym segmencie. W ten sposób GM własnoręcznie usunął się z segmentu minivanów. W końcu przecież takie auto mogłaby kupić co najwyżej większość amerykańskich rodzin, więc po co się starać?

4) Ford Taurus - po premierze w 1986 roku samochód okazał się hitem. GM zdecydował więc, że nie ma sensu dalej go rozwijać. Przez następne 20 lat jakość tego rodzinnego sedana spadała niczym notowania prezydenta Richarda Nixona w czasach afery Watergate. W 2006 roku samochód zniknął z rynku i został zastąpiony przez model 500. Dopiero niedawno Ford poszedł po rozum do głowy i wznowił rozwój i produkcję Taurusa. Niestety, niesmak pozostał.

5) Hummer H2 - ten przerośnięty klon Chevroleta Tahoe wydawał się fajny w 2003 roku, kiedy paliwo było tanie. Główną zasługą wozu było jednak stworzenie wizerunku General Motors jako firmy wrogiej dla środowiska i sprzedającej tylko ogromne, paliwożerne potwory. W ciągu pięciu lat benzyna zdrożała dwukrotnie, a GM zaczął rozglądać się za chętnymi do nabycia marki Hummer. Jak dotąd bez skutku. Hummer miał być jedną z motoryzacyjnych ikon koncernu. Zamiast tego okazało się, że GM nie ma zielonego pojęcia, czego klienci oczekują od samochodów w XXI wieku.

6) Chrysler Sebring - oto samochód tak nudny i bezpłciowy, że jedynym sposobem na jego sprzedaż są olbrzymie rabaty i promocje. Klienci go nie chcieli, jednak Chrysler uznał, że utrzymywanie przynoszącego straty modelu to dla firmy sprawa prestiżu. Teraz pieniądze się skończyły, a jeśli Chrysler zostanie podzielony i rozprzedany konkurentom, to Sebring jest pierwszy na liście do eliminacji.