Czego nie uczą, a powinni III

Lekcja trzecia. Powierzchowne, nieadekwatne, czasem wręcz niepoważne. Tak można określić teorię i praktykę kursów na prawo jazdy. Nim coś się zmieni, kolejna porcja naszych sugestii
Pisaliśmy już, jak prawidłowo wyprzedzać, szybko ruszać i pokonywać zakręty. Dziś



Jazda po autostradzie i trasie szybkiego ruchu

Na początku lat 90. głośno było w Niemczech o serii wypadków autostradowych z udziałem polskich aut. Scenariusz za każdym razem był podobny. Nasi rodacy, nie patrząc w lusterko, skręcali na lewy pas, zajeżdżając drogę pędzącym dwakroć szybciej niemieckim autom. Dochodziło do zderzeń tym groźniejszych, że połączonych z zapłonem benzyny przewożonej w bagażnikach jadących z Polski aut (paliwo było u nas dużo tańsze). Mimowolni sprawcy wypadków boleśnie przekonywali się, że ruchem na autostradzie rządzą reguły, których znajomości z oczywistych względów nie mieli gdzie sobie przyswoić. Niestety, podobne sytuacje zdarzają się i dziś. Przykładem jest film dostępny na stronie YouTube, którego bohaterka przez kilka minut dziarsko pomyka trójmiejską obwodnicą pod prąd, kompletnie nieświadoma ani pomyłki, ani ryzyka, jakie stwarza. A ryzyko na autostradzie potrafi być duże, bo proporcjonalne do prędkości, z definicji wyższej niż na innych typach dróg. I tu jest problem. Okazuje się, że nie wszyscy umieją jeździć szybko. Zresztą nie ma się czemu dziwić, skoro na każdym kroku słyszą, iż wszystkiemu winna nadmierna prędkość. Niestety, autostrady i trasy szybkiego ruchu nie są miejscem, gdzie wolno znaczy bezpiecznie. Wręcz przeciwnie. Pomijając zderzenia czołowe, przyczyną większości drogowych tragedii nie jest prędkość jako taka, lecz różnica prędkości. A to oznacza, że auto jadące wolno na drodze przeznaczonej do szybkiej jazdy zagraża bezpieczeństwu innych. A więc nie 40, ale 80, a miejscami i 120 km/godz. Oczywiście w sprzyjających warunkach. Jest tylko parę "ale". By jechać szybko i bezpiecznie, trzeba przede wszystkim wiedzieć, dokąd się jedzie. Niby oczywiste, ale jestem pewien, że i tego lata zobaczę naszych rodaków, którzy parkując wzdłuż ciągłego pasa na poboczu, z uwagą studiują mapę. Którzy stoją okrakiem na zjeździe niepewni, czy to ten, czy następny. Albo - co najgorsze - cofają pasem awaryjnym do zjazdu, który właśnie minęli. Pamiętajmy - na autostradzie nie ma miejsca na wątpliwości. Wjeżdżając na nią, musimy dobrze wiedzieć, gdzie z niej zjechać. Jaka odległość dzieli nas od zjazdu i na jaką miejscowość mamy się kierować. Ponieważ z takimi drogami Polak styka się głównie, jadąc na wakacje, zawsze towarzyszy mu ktoś, kto może pełnić funkcję pilota. A pilot, niczym szachista, musi znać kilka ruchów naprzód. Polegając na własnym refleksie i improwizując, możemy się przeliczyć. W najlepszym przypadku nadrobimy drogi (mój rekord to dodatkowych 40 kilometrów, na krótkiej, bo liczącej 200 km trasie). W najgorszym - zajedziemy komuś drogę z wiadomym skutkiem, skręcając np. z lewego pasa na prawy i gwałtownie przy tym hamując. Kto choć raz był świadkiem podobnego zdarzenia, wie, że niebezpieczeństwo czai się z tyłu. I jest tym większe, im względnie szybciej porusza się jadący za nami pojazd. Dlatego nie tylko zmiana pasa, ale nawet każde ostrzejsze przyhamowanie powinny być poprzedzane zerknięciem w lusterko. Mimo że dużo bezpieczniejsza od zwykłych dróg, czasem i na autostradzie dochodzi do sytuacji ekstremalnie niebezpiecznych. Na przykład, gdy skończy się nam benzyna lub auto z jakiejś przyczyny stanie (wbrew pozorom na takiej drodze rzadko łapie się gumę), gdy za zakrętem utworzy się korek albo, co najgorsze, wpadniemy w obłok gęstej mgły. Co wówczas robić?

W razie awarii powinniśmy jak najszybciej zjechać na prawe pobocze i - jeśli to możliwe - doturlać się do telefonu alarmowego. Wystarczy, że podniesiemy słuchawkę, by policja mogła nas zlokalizować (w przypadku komórki może mieć z tym problem). Na pomoc najbezpieczniej oczekiwać co najmniej kilka metrów za barierką lub krawędzią jezdni.

Jeśli zjechanie na pobocze nie wchodzi w grę, pozostaje włączenie świateł awaryjnych i opuszczenie pojazdu, ale tylko wtedy, gdy jest to bezpieczne. Nie bawimy się w rozkładanie trójkąta. Jeśli już musimy, to siedzimy w zapiętych pasach (pozwoli to nieco ograniczyć ryzyko urazu typu whiplash, czyli uszkodzenia kręgów szyjnych wskutek uderzenia z tyłu) i oczywiście dzwonimy po pomoc.

I jeszcze jedno: tempomat. Paradoksalnie jest coraz mniej miejsc, gdzie ten coraz bardziej powszechny gadżet naprawdę się przydaje. Poza niektórymi amerykańskimi, australijskimi i może skandynawskimi drogami, gdzie można jechać godzinami i nie spotkać żywego ducha, utrzymujący stałą prędkość tempomat w praktyce okazuje się albo niebezpieczny, albo irytujący (np. kierowców za nami, gdy zbyt długo wyprzedzamy auto jadące o 5 km/godz. wolniej).

W następnych odcinkach:

jak hamować, jechać ekonomicznie i wyprowadzać auto z poślizgu