Ta straszna homologacja

Chcesz mieć auto z USA? Będziesz musiał opłacić homologację. Czyli doliczyć do ceny 5 tys. euro. Straszne? Nie aż tak, jak się wydaje.
Dobiegają do nas niepokojące wieści z Ministerstwa Infrastruktury o zamiarze wprowadzenia drogiej procedury homologacji każdego auta spoza Unii. Z drugiej strony tani dolar kusi, aby sprowadzić auto zza oceanu. Wystarczy wejść na strony internetowe amerykańskich dilerów, a odejdzie nam ochota na wizytę w polskich salonach. W Stanach takie same auto bywa nawet o 60 proc. tańsze. Państwo oczywiście niczego nam nie ułatwia, bo bajecznie niskie ceny aut z USA musimy dociążyć cłem, VAT-em (jednym z najwyższych w Europie) i akcyzą, która dla silników powyżej 2 litrów pojemności (a takie z reguły napędzają auta z USA) urasta do 13,6 proc. wartości. Do tego dochodzą koszty transportu, dokumentów i opłat (np. cło) plus ewentualnie marża firmy sprowadzającej auto. W efekcie samochód, za który Amerykanin dałby 30 tys. dol., będzie nas kosztować o 15-18 tys. dol. więcej. Ale i tak sporo mniej niż w polskim salonie.

Piękne? Dla niektórych zbyt piękne, żeby było prawdziwe, bo od jakiegoś czasu w mediach pojawiają się spekulacje (opinie), że każde auto importowane spoza Unii będzie musiało uzyskać homologację. Teraz obowiązują nas przepisy o tzw. imporcie indywidualnym, zgodnie z którymi każdy obywatel raz w roku może sprowadzić sobie spoza Unii auto bez procedur homologacyjnych. Z tego zapisu korzystają do dziś importerzy aut chińskich, które homologacji na rynek polski po prostu nie uzyskały i nie mogą być importowane hurtowo. Samochody zatem sprowadzane są na indywidualne zamówienie klientów, a importerzy występują jedynie w roli pośrednika.

Informacja o tym, że już niedługo będziemy musieli zapłacić do 5 tys. euro za obowiązkową homologację każdego sprowadzonego auta, wywołała zrozumiałą irytację (znowu urzędnicy gmerają nam w kieszeni!), a pod adresem ministerstwa posypały się gromy. Czy słusznie? Dotarliśmy do wzoru nowelizacji przepisów. "Pierwsze czytanie" nie rozwiało naszych wątpliwości, ale intensywna wymiana e-maili z Ministerstwem Infrastruktury wyjaśniła, miejmy nadzieję do końca, całe to zamieszanie. Otóż przepisy unijne nakładają na nas obowiązek dostosowania naszych procedur do tych, które już są stosowane w innych krajach członkowskich. Tu pierwsza dobra wiadomość - propozycja nowelizacji trafi do Sejmu dopiero w drugiej połowie tego roku, a czas na ostateczne jej przyjęcie upływa w kwietniu 2009 r. Zatem, kto chce zdążyć ze sprowadzeniem auta zza oceanu, ma niemal rok. Co bardziej istotne, procedurze homologacji podlegać będą jedynie pojazdy nowe, nigdy przedtem nierejestrowane i niedopuszczane do ruchu, lub te, w których istotnie zmieniliśmy konstrukcję (np. z pikapa zrobiliśmy betoniarkę z gruchą). Jak wiemy, zarówno auta zKanady czy Stanów Zjednoczonych, jak i z europejskiego podwórka pozaunijnego (np. ze Szwajcarii, to w znakomitej większości egzemplarze używane. Tych salonowych, nigdy nierejestrowanych jest niewiele, a tylko takie będziemy musieli homologować. Wydaje się więc, że nie taki diabeł straszny. Nowelizacja może uderzyć głównie w auta chińskie, a te nie zostały hurtowo dopuszczone do ruchu głównie ze względu na brak zgodności z europejskimi normami bezpieczeństwa.

Więcej o: