Pod sąd za katastrofę miejskiego autobusu

Prokuratura oskarża kierowcę linii 117, którego autobus o mało nie spadł z nasypu za mostem Poniatowskiego. W katastrofie rannych było aż 40 pasażerów
Akt oskarżenia w tej sprawie wpłynął właśnie do praskiego sądu rejonowego. Oskarżony kierowca Adam K. wciąż jest pracownikiem Miejskich Zakładów Autobusowych. Jednak od wypadku, do którego doszło przed świętami Bożego Narodzenia w zeszłym roku, nie wozi warszawiaków po mieście. Jak nas poinformował rzecznik MZA Adam Stawicki, K. ma zwolnienie lekarskie i przechodzi rehabilitację. Prokurator postawił mu zarzut nieumyślnego spowodowania katastrofy w ruchu lądowym. Grozi za to kara do pięciu lat więzienia.

Po zmroku 21 grudnia 2006 r. na moście Poniatowskiego, tuż za zjazdem na Wał Miedzeszyński, jezdnia była mokra, ale oświetlona. Kierowca solarisa linii 117, który jechał w kierunku ronda Waszyngtona, stracił panowanie nad kierownicą podczas gwałtownej próby uniknięcia zderzenia z jadącym przed nim samochodem. Rozpędzony autobus skosił słupki odgradzające jezdnię od pobocza i wpadł w uliczną latarnię. Spośród 45 pasażerów wozu dziewięciu odniosło poważne obrażenia (urazy głowy i złamania). Dla pozostałych podróż autobusem skończyła się tylko niegroźnymi siniakami czy zadrapaniami.

Według ustaleń prokuratora przyczyną katastrofy było niezachowanie przez kierowcę należytej ostrożności i nadmierna prędkość. Oskarżony przekroczył ją o ok. 20 km na godz. (na moście obowiązuje ograniczenie do 50 km na godz.). Zdaniem pasażerów, którzy teraz są świadkami w sprawie, kierowca próbował uniknąć zderzenia z samochodem osobowym. Jechał przed autobusem ze znacznie mniejszą prędkością. Ci, którzy obserwowali wtedy prowadzącego solarisa i ruch na jezdni, relacjonują, że auto zajechało autobusowi drogę. Są jednak i tacy, którzy twierdzą, że oskarżony miał szansę uniknąć tragedii. Gdyby jechał wolniej, patrzył na jezdnię i zaczął hamować w odpowiednim momencie. Podobnego zdania są biegli powołani w tej sprawie.

Oskarżony nie przyznaje się do winy. Prokurator nie poznał jego relacji z wypadku, bo K. odmówił składania wyjaśnień. Sąd nie wyznaczył jeszcze terminu pierwszej rozprawy.