Formuła 1 na własne oczy

Owszem, podejrzewałem, że będzie inaczej, ale że nie aż tak! Różnica pomiędzy oglądaniem wyścigów w TV i z trybun jest dużo większa niż słuchanie zespołu z płyty i na koncercie.
Cisza zamienia się nagle w brutalny hałas i świdrujący ból. Czuję się tak, jakbym przykładał ucho do turbiny Boeinga. A to o wiele mniejszy, ponad 700-konny silnik, rozkręcony do 19 tys. obrotów. To tylko jeden bolid cztery metry poniżej. Za chwilę dołączy pozostałe 21! W tym samym momencie zaczynam nerwowo szukać stoperów...

Ale to jedynie preludium do szalonej muzyki, którą zagrają kierowcy w chwili startu. Instynkt każe mi uciec jak najdalej. Ale reszta mnie w życiu nie odpuści sobie takiego przedstawienia. Już wiem, że było warto. Czeka mnie koncert na 88 cylindrów, 22 muzyków i tysiące koni mechanicznych. Grand Prix Belgii, rozgrywane na jednym z najsłynniejszych torów Formuły 1 - Spa-Francorchamps. Dystans 308 km i 176 m rozdzielono na 44 okrążenia, co daje ponad 7 km na pętlę. To najdłuższy tor w cyklu. Ale i jeden z najpiękniejszych.

Najpierw trzeba dojechać

Jednak wszystko zaczyna się o wiele wcześniej. A konkretnie o jakieś 20 km. Pomimo że do startu jeszcze dziewięć godzin, już wiem, że jadę w dobrą stronę. Kolosalne korki, kierująca ruchem policja - ściągnięta chyba z całej Belgii - i tysiące fanów. Dwie godziny na wjazd i wyjazd z toru nie są czymś wyjątkowym. Na parkingu obok siebie stoją cztery świeżutkie Ferrari F430, Ford GT i Bentley Continental GTC, a to tylko najbliżsi sąsiedzi mojego auta. Dalej rzędy kamperów, motocykli i znowu tysiące kibiców. Najwyraźniej F1 zrzesza zarówno milionerów z pierwszych stron gazet, jak i nas, bezimiennych bohaterów dnia codziennego. Grand Prix przed telewizorem - gdy jest rozgrywane w Europie - zaczyna się około godziny 13.45, a sam wyścig 15 min później. W domowych pieleszach, z kawą lub piwem i na wygodnym fotelu. Za to życie na torze rozkwita już o siódmej rano. Widzów rozgrzewają najpierw poranne treningi, a później na eliminacji pucharu Porsche Cup. Tak przygotowani oczekują dania głównego. Ale mają o wiele więcej niż tylko kawałek niewygodnego plastiku pod zadkiem. Mogą zwiedzić większą część toru, kupić koszulkę, czapeczkę, buty. słowem, cały asortyment kibicowskiej cepelii. Droższe bilety pozwalają nawet przespacerować się przez pit-lane, zajrzeć do boksu i zrobić sobie zdjęcie z kierowcą, jeżeli akurat jakiś się trafi. Niekiedy istnieje też okazja, by zwiedzić imponujące, mobilne laboratorium Shella obecne na każdym wyścigu. To jednak nieco więcej niż możliwość wstania z kanapy i sięgnięcia do lodówki po jedzenie.

Z parkingu kieruję się ku wejściu na tor. Wszechobecni ochroniarze zawiadują całym tłumem. Zrządzeniem losu wyścig obejrzę z wnętrza Ferrari Club mieszczącego się jakieś 4 m nad boksami teamu z Maranello. Przede mną widok na pit-lane, sporą część toru i główne trybuny. Ale nawet z tych uprzywilejowanych miejsc nie widać całej pętli. Strużka szerokiego na 15 m asfaltu szybko znika w bujnym lesie. Zawsze mnie zastanawiało, czy oglądanie jednej długiej prostej warte jest całej tej ceregieli. Sytuację nieco ratują wielkie ekrany, rozstawione co kilkaset metrów, jednak jakość ich obrazu mocno rozczarowuje. Domowy sprzęt RTV jest pod tym względem o niebo lepszy. Choć nie potrafi skutecznie i dobitnie przekazać wszystkich niuansów. Zwłaszcza dźwiękowych.

Dochodzi czternasta. Emocje narastają. Chwilę wcześniej przez prostą start-meta przeszła grupa przebrana za pingwiny, orkiestra i bóg wie, co jeszcze. Teraz na miejscach zajmowanych przed chwilą przez modelki ustawione są wszystkie bolidy, a wokół nich plankton mechaników, kamerzystów i VIP-ów. Będąc w domu, już wierciłbym się przed telewizorem. Tutaj, na torze, już od 30 min serce bije już szybciej, a uszy przygotowują się do czekającej je katorgi. Pięć minut do startu. Mechanicy w pośpiechu znikają. Cztery. Trzy. Dwie. Wszystkie bolidy nerwowo powarkują. Jedna minuta. Start. Kiedy kierowcy pokonują okrążenie rozgrzewające, mechanicy z całym sprzętem biegną do boksów. A gdy zawodnicy wyłaniają się zza zakrętu i ustawią się na swoich miejscach startowych, wszyscy patrzą jak zahipnotyzowani. Takiego napięcia nie da się osiągnąć przed telewizorem. Oczekiwanie się przedłuża. Pięć czerwonych świateł gaśnie i to, co dotąd uważałem za hałas, okazuje się niewinnym odgłosem wobec wszechogarniającego huku 22 V8-ek rozkręconych do maksimum. Dźwięk jest mocny, wysoki, wibrujący i gdybyś tylko słyszał własne myśli, usłyszałbyś rozpaczliwe: "Niech to się wreszcie skończy!". Gdy auta ruszają, nikt nie śmie nawet okiem mrugnąć. Wszyscy wpatrują się w chaotyczny taniec i walkę bolidów rozpędzających się w dwie sekundy do setki. Nieważne, kto jest kim i co robi na co dzień - każdy wygina się, by zobaczyć jak najwięcej. Na końcu prostej kierowcy mają już grubo ponad 200 km/h. Pierwszy zakręt i znikają z oczu. Zerkam na ekran. Od tej pory hałas staje się wszechobecny. Wypełnia każdy zakamarek, każdy centymetr sześcienny powietrza. Nawet pobyt na poligonie wojskowym podczas ćwiczeń artylerzystów staje się miłą przechadzką po parku. Jedynym schronem są ciężarówki teamów (do których nie ma dostępu) albo... toaleta.

Telewizja to nie to

Ekran spłaszcza obraz. Ale że aż tak!? To, co wydaje się lekkim podjazdem, w bliskiej konfrontacji okazuje się być naprawdę ostrym i piekielnie długim wzniesieniem. Eau Rouge, bo o nim mowa, kierowcy pokonują na szóstym biegu ze stopą wbitą w podłogę. Ślepy łuk pokonywany z prędkością ponad 300 km/ h. Taką prędkość można sobie wyobrażać. Ale trzeba się naprawdę mocno napracować szyją, żeby nadążyć za przejeżdżającym bolidem. Trochę jak na meczu tenisowym w pogoni za piłeczką. Prócz wojskowych pilotów to kierowcy najwięcej wiedzą o prędkości i przeciążeniach. Ja mogłem doświadczyć ich niejako rykoszetem, stojąc na końcu prostej start-meta, tuż przed jedynkowym zakrętem wprawo. W odległości kilku metrów od toru bolidy z bezkształtnej smugi nabierają formę samochodu dopiero po wytraceniu prędkości. A do tego dźwięk hamowania i redukcji biegów da się porównać jedynie do samolotów odrzutowych lub gromu. Imponujący i nieznośny. Czekając na powrót całej kawalkady, wszyscy wtykają głębiej rozdawane przy wejściu stopery. Tylko najtwardsi tiffossi delektują się decybelami bez zatyczek!

Wyścig trwa w najlepsze. Raikkonen i Massa odjeżdżają dwóm McLarenom. Czas na pierwsze pit-stopy. Wracam więc na miejsce. Mam świetny widok na boks Ferrari. Kiedy podjeżdża Raikkonen, mechanicy jak roboty tankują i zmieniają koła. Sześć sekund to naprawdę mało! W tym czasie zdołasz sięgnąć po filiżankę z kawą, napić się, a gdy będziesz odrywał ją od ust, bolid zacznie znikać na końcu alei serwisowej. Zresztą przejazd obok boksów również daje po uszach, choć obroty silnika są zredukowane do kilku tysięcy. I tak 22 auta. Większość na dwa tankowania. Zatyczki wędrują jeszcze głębiej...

Spa-Francorchamps jest lubiany przez kierowców. To tor techniczny z miejscami do wyprzedzania, co udowodnił podczas wyścigu Kubica. I bardzo wymagający. Różnica wzniesień wynosi kilkanaście metrów. Mocnego przyhamowania wymagają tylko trzy zakręty: 1, 5 i 18. Niestety, silniki nie mają tyle szczęścia, co hamulce. Z wyjątkiem Monzy, tu właśnie są najbardziej wysilone. Aż 73 proc. pętli pokonywane jest na pełnym gazie! Tylko na sześciu z 19 zakrętów kierowcy muszą zwolnić poniżej 150 km/h. W dodatku pogoda jest tu nieobliczalna -w jednej części toru może świecić słońce, w drugiej padać deszcz.

Koncert skończył się po 1:20.39 s. Imponującym zwycięstwem Ferrari przypieczętowało tytuł w klasyfikacji konstruktorów. Jednak walka kierowców wciąż trwa. Robert Kubica poza punktującą ósemką, ale tu, na torze, jakoś mniej zwraca się na to uwagę. Łatwiej zgrywać alfę i omegę przed ekranem telewizora. Na miejscu wraz z decybelami dostaje się solidną porcję pokory i zrozumienia. Te samochody pędzą z nieludzką prędkością! Każdy manewr to ryzyko. I określenia typu "cienias" (nawet w stosunku do kierowców Torro Rosso) jakoś nie przystoją. Przed telewizorem skaczemy dalej od Małysza, jeździmy lepiej niż Kubica, Ministerstwo Finansów uleczylibyśmy według przepisu na nasz domowy budżet. Niestety, w rzeczywistości nie wygląda to tak prosto. I choć na torze można się pogubić - w przeciwieństwie do telewizyjnego przekazu, gdzie klasyfikacja podawana jest non stop - i ominie cię z pewnością kilka ciekawych pojedynków w niewidocznej części, to zapasem emocji, jaki wywozi się po wyścigu, można delektować się jeszcze przez długi czas. Nawet jeżeli przed telewizorem czujesz się lepiej - to choć raz w życiu warto zmienić perspektywę. Dla zainteresowanych. Ból głowy ustaje po kilku godzinach...