Muzeum motocykli pod Częstochową ?

W Borownie lub okolicach mogłoby powstać wyjątkowe muzeum polskich motocykli i motorowerów. Brakuje tylko odpowiedniego lokalu. Mieszkaniec tej miejscowości ma ponad 50 zabytkowych lub rzadkich już maszyn. Prawie wszystkie są gotowe do jazdy.
W Borownie lub okolicach mogłoby powstać wyjątkowe muzeum polskich motocykli i motorowerów. Brakuje tylko odpowiedniego lokalu. Mieszkaniec tej miejscowości ma ponad 50 zabytkowych lub rzadkich już maszyn. Prawie wszystkie są gotowe do jazdy.

Motocykle były miłością Jana Ferenca od zawsze: jeździł na dwóch kółkach jeszcze jako nastolatek. Ale dopiero w 1990 roku przyszła mu do głowy myśl, że mógłby kolekcjonować jednoślady.

- Wybrałem się do Świdnika, ponieważ byłem w pobliżu na wczasach - opowiada kolekcjoner. - A tam, w już zlikwidowanym WSK, przygotowywano muzealną wystawę swojej produkcji. Byłem jednym z pierwszych Polaków, którzy obejrzeli te eksponaty. Zobaczyłem m.in. prototypy - nigdy niewdrożone do produkcji.

Po likwidacji WSK w 1985 roku Włosi kupili prototyp sokoła 175: koła bezszprychowe, hamulce tarczowe przód i tył - ewenement. A legendę polskiej motoryzacji - junaka - kupili Szwedzi. Tymczasem nasz rynek zalały niemieckie MZ-ki czy czeskie jawy.

- Od których polskie konstrukcje były o niebo lepsze - emocjonuje się Ferenc. - Tam, w Świdniku, zdecydowałem, że kiedyś w rodzinnym Borownie otworzę swoje muzeum. Wyłącznie polskich jednośladów. Dziś mam 52 egzemplarze motocykli i motorowerów pojedynczych w modelu. A w niedalekiej Kruszynie mieszka kolega, który do takiego muzeum motoryzacyjnego mógłby wstawić drugie tyle maszyn. Cóż - gmina nie ma lokalu, który mogłaby przeznaczyć na taką wystawę. A muzeum motocykli mogłoby być przecież sporą atrakcją turystyczną. Tym bardziej teraz, kiedy wraca moda na jednoślady, a młodzi ludzie nie wiedzą, co to był junak. Już miałem ten pomysł zaproponować prezydentowi Częstochowy, ale wolałbym mieć swoje motocykle bliżej domu. Bo kto opowie o nich tak jak ja?

Komara dostał od ojca, górnika, kiedy miał 13 lat. W lutym 1969 roku, kiedy miał lat 16, również ojciec sprezentował mu WSK-ę 125 M06-B1. Kupił ją - pamięta dobrze - w Polmozbycie przy ul. Garibaldiego.

- Trudno - mówi - tylko na motocyklu człowiek czuje się wolny. Tylko na nim może wjechać wszędzie, a do tego ten owiewający ciało wiatr... Jako kawaler tylko w wakacje robiłem 6-7 tys. km. Swój kawalerski motocykl mam do dziś i serce bolało mnie, kiedy widziałem, że ktoś sprzedaje starą maszynę za grosze na złom. Dlatego zacząłem zbierać polskie motocykle - żeby ratować je od zagłady, a później, żeby ocalić od zapomnienia wielkość polskiej motoryzacji. Pan Jan motocykle i ich części trzyma w całym domu. Te, nad którymi pracuje, stoją w garażu (a samochód na podwórku). Inne są ciasno ustawione w dwóch pokojach bocznego skrzydła domu.

Najstarszym motocyklem w kolekcji Ferenca jest SHL MO4 z 1949 roku. - Cała gama polskich jednośladów to około 80 modeli, i to bez wersji sportowych - wyjaśnia hobbysta z Borowna. - Samych motorowerów produkowano od 1958 do 1995 roku 35 modeli. Niektóre maszyny budzą sensację na ulicy. Na pokazie zabytkowych pojazdów byłem nie zaproszonym junakiem, ale polskim chopperem - dudek 175. Mało kto wiedział, że takie motocykle były produkowane, i to w latach 70. Mam też np. egzemplarz perkoza, którego wyprodukowano tylko 190 sztuk.

W kolekcji jednośladów Ferenc ma jeden pojazd trzyśladowy. To inwalidzki pojazd motocyklowy Dezamet 755 produkowany prywatnie przez inżyniera w Chodzieży. Ma on karoserię z włókna szklanego wyposażoną w klameczki, jakie znamy z przenośnych toalet toi-toi. Kolekcjoner wypatrzył pojazd w Chmielarzach za Wartą, na jednym z podwórek. I w końcu wytargował.

- Moją domeną są jednak WSK-i - chwali się Ferenc. - Po latach ich kolekcjonowania potrafię np. określić datę produkcji każdego egzemplarza z dokładnością do trzech-czterech dni.