Metafizyka uliczna - felieton Wojciecha Manna

Raczej stojąc, ale jednak czasem poruszając się samochodem po ulicach Warszawy, mam czas na interesujące obserwacje, a nawet przemyślenia i wnioski. Do jednego z nich doszedłem ostatnio: otóż istnieje coś takiego jak metafizyka ruchu drogowego
Mam wrażenie, że spora część kierowców doskonale wie, o co mi chodzi. Zacznijmy od zaczarowanego królestwa świateł ulicznych. Od niepamiętnych czasów specjaliści głowią się nad ich zsynchronizowaniem, by ważniejsze i najbardziej zatłoczone arterie dało się przejechać płynnie. Lata temu była próba wprowadzenia czegoś, co nawet miało nazwę - "zielona fala" - ale i tak nie działało. Dziś do roboty zaprzęgnięto najnowsze generacje komputerów, a światła swoje. Ciekawe jest też to, że kierowca próbujący na własną rękę regulować szybkość pojazdu i tak głównie trafi na czerwone. Sekwencja kilku zielonych świateł najczęściej trafia się wtedy, kiedy w ogóle nam się nie spieszy i w ogóle nie myślimy o sygnalizacji.

Podobna sprawa jest z kontrolą drogową. Warszawa upstrzona jest tysiącami znaków zakazu, nakazu i ograniczenia. Umówmy się - gdyby wszyscy precyzyjnie do nich się stosowali, to miasto stanęłoby w pół godziny. Na szczęście i kierowcy, i policjanci najczęściej kierują się zasadą mniejszego zła i lekko przymykają oko na przepisy w imię zachowania płynności ruchu. Jednak niektóre znaki, głównie ograniczenia prędkości, stoją w miejscach ze wszech miar słusznych i naruszenie tego ograniczenia to świadome igranie z losem. I tu zaczyna się metafizyka. Jeżeli nie chcąc złapać punktów i mandatu, pilnujemy prędkości na tych szczególnych odcinkach, nic się nie dzieje. Nie ma kontroli, nie ma nieoznakowanych, zaopatrzonych w urządzenia szpiegowsko-nagrywające samochodów z funkcjonariuszami w środku. Nasza praworządność, mimo iż godna pochwały, pozostaje naszą prywatną sprawą. Ale jeżeli w tym samym miejscu, w środku nocy, kiedy w promieniu kilkuset metrów nie ma ani śladu pojazdu ani pieszego, lekko przyspieszymy ponad normę, jak spod ziemi pojawia się surowy stróż prawa, i zaczyna się przykładne karanie przestępcy.

Metafizyka dotyczy też instynktu stadnego pewnych pojazdów. Od dawna wiadomo, że niektóre autobusy miały tendencję do pojawiania się na przystankach rzadko, ale za to w grupach. Nie sądziłem jednak, że ta zasada dotyczy też innych samochodów. I oto odkryłem zaczarowany punkt stolicy! Rondo Żaba na Pradze. Ilekroć tam wjeżdżam, ze zdumieniem obserwuję, że "normalne" samochody są w mniejszości. Na rondzie Żaba przez większą część dnia zdecydowaną większość stanowią oznaczone literą "L" pojazdy kandydatów starających się o prawo jazdy. Nie muszę mówić, jak płynnie pokonuje się ruchliwe rondo, na którym usiłuje równocześnie ruszyć kilku zdenerwowanych kursantów. Nic nie mam przeciwko szkoleniu nowych kierowców, ale czy Warszawska Tajemnicza Siła Metafizyczna nie mogłaby ich troszkę rozproszyć po innych rondach? Wiem, że to się nie uda, gdyż WTSM działa niezależnie od naszej woli, naszych naukowców i komputerów. Trzeba jej się poddać, a może kiedyś, w nagrodę, pozwoli nam szybko przejechać kawałek stolicy płynnie, bez ciągłego hamowania i jeszcze do tego bez mandatu i punktów!