Kamazem przez Syberię. Z Jakucka do Uriung Chaja

W czasie mrozów drogami stają się zamarznięte koryta rzek, skute lodem rozlewiska i bagna
Jest kwiecień, w dzień niewiele ponad 20 stopni mrozu. Koła ciężarówki uwięzionej pośrodku rzeki buksują bezsilnie w lodowej brei. Możemy albo rąbać lód aż do brzegu, co trwałoby całą noc, albo zakładać łańcuchy, co może skończyć się odmrożeniem palców. Zimny metal parzy dłonie, ale udaje się uzbroić opony. Kierowca dodaje gazu i niezawodny kamaz wydostaje się znów na szlak biegnący zamarzniętą rzeką.

***

Lód skuwający Indygirkę tylko pozornie jest gruby i krzepki. Z końcem zimy woda w ciągu dnia rozmarza, tworząc na starym lodzie efemeryczne strumienie. Nocą zamarza błyskawicznie, stając się pułapką dla kilkunastotonowej ciężarówki. Potężne koła ślizgają się na starym zimowym lodzie, jednocześnie grzęznąc po osie w tym wiosennym.

- Po jakucku nazywa się to taryn - mówi Alieksiej, pół Rosjanin pół Jakut, na co dzień dalniebojszczik. Na pytanie, co to za zawód, którego nie ma w słowniku, Alieksiej odpowiada: - Kierowca. Tylko nie jak u was, a na Syberii.

Po trzech dniach podróży z Alioszą lepiej rozumiem znaczenie słowa "dalniebojszczik". Jedziemy z Jakucka do miasteczka Uriung Chaja za kołem podbiegunowym. Każdej zimy ten szlak przemierza ponoć kilkaset ciężarówek, wiozących wszelkiego rodzaju towary do podbiegunowych i polarnych miejscowości, gdzie chleb, ziemniaki, cebula osiągają zawrotne ceny. Droga na północ biegnie początkowo sławną trasą Kołyma (Jakuck - Magadan), którą kilofami i łopatami wykuwali skazańcy. Do dziś zostało niej nie więcej niż kilkanaście kilometrów asfaltu. W dużej części prowadzi przez pustkowia gór Suntar Chaja - skalnymi półkami, skrajami wąwozów i przepaści. Najniebezpieczniejsze odcinki mają nazwy znane tylko kierowcom, np. Zajęcza Pętla, Jaskółcze Gniazdo.

- Dalniebojszczik musi mieć dużo szczęścia - mówi Alieksiej, gdy pokonawszy niebezpieczne góry, dojeżdżamy do Ust Nery nad Indygirką.

Z trudem odnajduję na mapie przebytą drogę. Miejscami biegnie wyraźną linią, miejscami zamienia się w przerywaną, a w Ust Nerze na mapie nie ma już nic, żadnej drogi na północ. - Jak to nic? - pyta Alieksiej i chwyta mapę. - Przecież jest! - uspokaja się. - Rzeka jest narysowana, zimnik.

Z nadejściem mrozów zimnikami (drogi czynne tylko zimą) stają się wszystkie większe rzeki nie tylko w Jakucji, ale w całej północnej Rosji. Kraj cierpi na brak dróg, toteż wykorzystuje się zamarznięte koryta rzek, skute lodem rozlewiska i pokrywające większość Syberii bagna. Wymaga to specjalnych samochodów, zdolnych wytrzymać tysiące kilometrów bezdroży. - W Rosji nie ma dróg, ale są kamazy, krazy i urale - mówi Alieksiej.

***

Na rzekę zjeżdżamy nocą, zostawiając za sobą światła domów i szczekanie psów w Ust Nerze. Stąd do Uriung Chaja jest prawie 1,5 tys. km. Nasz kamaz sajgak (po polsku sajgak to suhak, gatunek azjatyckiej antylopy) wyładowany jest "po lusterka" cukrem, mąką i kiełbasą. Pojemna ładownia pomieściła też makaron, konserwy, części do śnieżnych skuterów, silnik motorówki i amunicję dla myśliwych. Wszystko to w Uriung Chaja, Czokurdach czy innych miejscowościach nad Indygirką jest kilkakrotnie droższe niż w Jakucku (a w Jakucku kilkakrotnie droższe niż w innych rejonach Rosji). Ale to nie kierowca jest właścicielem cennego ładunku. - Ty szto! - zaperza się, gdy go o to pytam. - Ja nie kułak, ja prostoj dalniebojszczik - wyjaśnia, prawie obrażony, że posądzam go o taki "kapitalizm".

Wyładowany kamaz waży 15 ton. Aliosza jedzie bardzo ostrożnie, nie rozpędzając się zbytnio. Mimo to po ok. 350 km za Ust Nerą trafiamy na taryn. Maszyna na dobre grzęźnie w lodowej brei. Nie zwiastowała tego nazwa pobliskiej wioski - Cichy Brzeg. Zimny metal parzy dłonie, ale udaje się uzbroić koła. Alieksiej dodaje gazu i niezawodny sajgak ze zwinnością antylopy wydostaje się znów na szlak biegnący zamarzniętym lustrem rzeki.

- Jutro, już za kołem podbiegunowym, będzie lepiej - pociesza doświadczony kierowca. - Tam jest jeszcze zima, jak w lutym.

Po kilku kilometrach znów natykamy się na podejrzany lód, koła z hukiem zapadają się w pułapce zastawionej przez rzekę. Z bosakami w ręku spędzamy kilka godzin na lodzie - robiąc odwierty, sondujemy grubość pokrywy. Trzeba znaleźć lód na tyle cienki, aby móc go staranować, bądź na tyle gruby, by po nim przejechać, nie zapadając się. Po kilku godzinach efekt pracy jest widoczny w postaci ponad półkilometrowego łańcucha małych odwiertów i przerębli, śladem których powinny pójść koła kamaza. Udało się przedrzeć, ale przed wieczorem, po raz trzeci tego dnia, znowu musimy opuścić kabinę. - Boh trojcu ljubit - komentuje zdegustowany Alosza. Później okazało się, że to jednak znacznie wyższa cyfra...

***

Im głębiej w Góry Czerskiego rozciągające się wzdłuż Indygirki za Cichym Brzegiem, tym chłodniej, mniej roztopów i fałszywego lodu. W końcu droga biegnie (a raczej: rzeka płynie) wąską, kilkudziesięciometrową doliną - ten odcinek kierowcy nazywają "rurą". Zazwyczaj wieje tam wiatr tak silny, że nie sposób ustać na nogach. Po nocy przespanej w ciasnej kabinie, budzi nas słońce - pogoda dobra, bezwietrzna. Alieksiej wyskakuje na lód, pokazując szczyty skalnych ścian - nocowaliśmy u ich podnóża. Na ośnieżonych skałach wygrzewa się kilka górskich owiec, mój kierowca zna tylko ich jakucką nazwę: czubuku.

Góry Czerskiego rosyjscy naukowcy nazywają pomnikiem, jaki syberyjska przyroda postawiła Polakowi Janowi Czerskiemu (1845-92). Zesłany do Omska za udział w powstaniu styczniowym, kilka lat badał geologię Bajkału i opisywał góry tej części ówczesnego imperium. Stały się one nie tylko jego pomnikiem, ale i grobem - zginął nad Kołymą podczas jednej z wypraw.

Rozległe doliny za pasmem Czerskiego zachęcają do opuszczenia kamaza i marszu w góry. Tym bardziej że na horyzoncie pojawia się kolejne pasmo - Góry Momskie z miejscowością Chonuu u ich stóp, przez którą przebiega koło podbiegunowe. O tym, że jesteśmy już daleko na północy, świadczy też karawana sań zaprzęgniętych w renifery, która niespodziewanie pojawia się pośrodku zimnika. - Eweni wracają z polowania, na pewno mają mięso - ożywia się Aliosza. Eweni, bliscy krewni Ewenków, hodują renifery, ale też polują, z czego skorzystaliśmy z Alieksiejem, kupując od nich udziec łosia. Mój towarzysz rzucił go na dach kabiny, mówiąc, że w Uriung Chaja "zarobi na nim majątek, a na pewno kilka butelek". Od myśliwych kupiliśmy też straganinę, czyli surową rybę w postaci wiórów zestruganych ze zmarzniętego na kość mięsa. Tym jakuckim przysmakiem zajadają się nie tylko Jakuci czy Eweni, ale i Rosjanie, Ukraińcy i inne mieszkające tu narody. Jak się okazuje, również włóczący się po północnej republice cudzoziemcy. - Tylko pies je straganinę bez wódki - strofuje mnie Aliosza, napełniając kubki.

Do rozpadu Związku Radzieckiego działały tu kołchozy i sowchozy, w których hodowano renifery, polowano na zwierzęta futerkowe, co roku wysyłając do Jakucka tysiące skórek indygirskiego sobola. Państwowe przedsiębiorstwa były gwarancją pracy, pomocy socjalnej, emerytury. Potem musieli sobie radzić sami. Tak było np. w Soboloch, wiosce w pobliżu Chonuu, której mieszkańcy przetrwali dzięki reniferom, rybom, polowaniom i koniom. To jedno z niewielu miejsc na ziemi, gdzie hoduje się konie na mięso i skóry. - One właściwie same się hodują - mówi spotkany w pobliżu wioski tabunszczik (pasterz tabunu). - Cały rok chodzą samopas, nawet zimą. Tylko do przerębli zganiam, żeby popiły. Zimą konie trzeba oszczędzać, a i wilczych tropów szukać - tłumaczy się, gdy żartuję sobie z jego mechanicznego rumaka (siedzi na śnieżnym skuterze). Tabunszczik próbuje nam sprzedać końską skórę, zriebiatinę (mięso kilkumiesięcznych koni uważane za przysmak), worek mrożonych jelców (gatunek ryby). Aliosza odmawia, na pocieszenie częstując pasterza-handlarza nieodzownym podczas spotkania na Syberii trunkiem. - Tu każdy będzie chciał ci coś sprzedać - wyjaśnia.

***

W Kebergene, wiosce zamieszkanej przez Ewenów i Jakutów, zagubionej w płaskim krajobrazie lasotundry, hen za Górami Momskimi, Alieksiej zatrzymuje się u znajomych, którym przywiózł z Jakucka pocztę i paczki. Bezrobotni mieszkańcy wioski, na głównej ulicy i w sklepie co rusz oferują reniferowe skóry, suszone i mrożone ryby, skórzane buty i czapki. Jedna oferta przebiła wszystkie: - Kupi pan kły mamuta? - pyta podchmielony jegomość. Odmawiam, przekonany, że stroi sobie żarty. Ale kiedy podobne propozycje zaczęły się sypać, zrozumiałem, że jestem w mamucim zagłębiu (stara jakucka legenda mówi, że koryta rzek to ścieżki żyjących tu niegdyś mamutów). - Rekordzista w ciągu sezonu znalazł aż 12 kłów! - mówią znajomi Alioszy.

Nawet tutaj, 300 km za kołem podbiegunowym, na ałasach (łąki) i polanach wokół wsi, brodząc po kolana w śniegu pasą się małe odporne na mróz konie. Ale to psów jest najwięcej w Kebergene - całe watahy biegają po ulicach i podwórkach. Nic dziwnego, Indygirka to w języku Jukagirów (zamieszkiwali te ziemie na długo przed przybyciem Ewenów, Jakutów i Rosjan) Psia Rzeka. Jukagirzy zaprzęgali do sań psy - tę starą technikę jazdy do dziś wykorzystuje się nad Indygirką.

Dalniebojszczik nigdy nie mówi, kiedy będzie na miejscu, nie wyjeżdża w poniedziałek, jeśli znajdzie coś w tajdze, zostawia coś w zamian, choćby zapałkę. Ale przede wszystkim nie omija tzw. świętych miejsc (odwiedzają je także Rosjanie, Ukraińcy i Tatarzy). Zazwyczaj są to modrzewie o nietypowym kształcie, sosny o zniekształconych koronach, rzadziej stosy kamieni na przełęczach. W takich miejscach trzeba zostawić skromną ofiarę, np. papierosa, monetę, kłębek nici. Alieksiej wylewa trochę wódki pod rosnący przy zimniku, obwieszony już ofiarami modrzew. Żeby powiodło się na lodowym szlaku. Choć Uriung Chaja już blisko, trzeba przecież jeszcze wrócić do Jakucka...

Najszybciej samolotem

Dojazd

Samolotem Warszawa - Moskwa - ok. 1,5 tys. zł, lub pociągiem - 300 zł. Podpowiedź dla oszczędnych: granicę z Białorusią można przekroczyć w Terespolu i bilet na pociąg do Moskwy kupić w Brześciu: Terespol - Brześć kilka złotych, Brześć - Moskwa - ok. 80 zł.

Do Jakucji najszybciej (i najdrożej) dolecimy samolotem - bilet Moskwa - Jakuck - ok. 1,5 tys. zł w jedną stronę. Cierpliwym i oszczędnym polecam podróż kombinowaną. Z Moskwy pociągiem można dojechać do południowych obszarów Jakucji, np. do Ałdanu, stamtąd do Jakucka wynajętym samochodem - podróż trwa prawie tydzień, bilet w płackarcie tylko 400 zł.

Ceny

Żywność - ceny porównywalne z warszawskimi czy moskiewskimi, owoce i warzywa nawet droższe; nie należy się nastawiać na tanie zakupy. Warto stołować się w publicznych stołówkach (stołowaja) - tanio, smacznie, czysto.

Noclegi

Jakucję odwiedzają przede wszystkim biznesmeni, rzadziej turyści, więc ceny w hotelach stolicy zniechęcają. Polecam akademiki uniwersytetu w Jakucku - można przenocować w pokojach dla gości zagranicznych, w bardzo dobrych warunkach - doba 50 zł, prysznic, kuchnia na korytarzu.

W sieci

http://www.poezda.net

http://www.goyakutia.com

http://www.lorp.ru

http://www.arctictravel.ru

http://www.horyzonty.pl

http://www.allyakutia.com

http://www.alrosahotels.ru

http://www.nordlandtravel.com

* Autor jest członkiem Klubu Podróży Horyzonty

Więcej o: