Chodzi o skręt w lewo z ulicy Mikołowskiej w Sądową. Przez lata, zanim zaczęła się budowa galerii handlowej i nowego dworca, kierowcy, którzy chcieli tu skręcić, musieliby jechać pod prąd. Stąd zakaz. Znak został jednak nawet wtedy, gdy zmieniono w tym miejscu organizację ruchu i wydzielono jeden z pasów do ruchu w przeciwnym kierunku. Na początku jeździły tędy jedynie ciężarówki z budowy, ale o możliwość przejazdu zaczęli się też upominać kierowcy.
- W ten sposób jadąc najpierw Sądową, a później ulicą Goeppert-Mayer, skraca się drogę i omija korki, które tworzą się na placu Wolności. To nie tylko moje doświadczenie. Problem poruszyli też kierowcy podczas mojego dyżuru radnego - mówi Marek Szczerbowski, katowicki samorządowiec, który zwrócił się do magistratu z interpelacją w tej sprawie.
Szczerbowskiemu wreszcie udało się wywalczyć usunięcie znaku, który zniknął kilka tygodni temu. Wreszcie, bo z początku drogowcy twierdzili, że takie rozwiązanie może wprowadzić chaos.
- Na początku kiedy trwały prace ziemne ruch ciężarówek wyjeżdżających z budowy był bardzo duży, dlatego baliśmy się, że puszczenie tutaj dodatkowego ruchu może zatarasować ulicę. Teraz ciężarówek jest mniej i wspólnie z budowniczymi galerii handlowej ustaliliśmy, że inne samochody nie będą przeszkadzały - wyjaśnia Konrad Wronowski, zastępca dyrektora Miejskiego Zarządu Ulic i Mostów w Katowicach.
Kierowcy przyznają, że w godzinach szczytu to duże ułatwienie, które kończy się jednak kilkaset metrów dalej na skrzyżowaniu Goeppert-Mayer. - Na razie ruch jest nieduży, ale wystarczy kolejka dwóch samochodów i już trzeba odstać kolejną zmianę świateł. Zielone włącza się tylko na kilka sekund i trzeba mieć refleks rajdowca, żeby zdążyć. Ostatnio krew mnie mało nie zalała, stało sześć aut i załapałem się dopiero na trzecią zmianę świateł - denerwuje się Patryk Skiścim, jeden z naszych czytelników.
Policzyliśmy i zielone rzeczywiście zapala się na 5 sekund. W tym czasie w najlepszym razie przejadą trzy samochody, ostatni już łamiąc przepisy, na czerwonym. - To częsta przypadłość naszych urzędników. Wprowadzają zmianę w jednym miejscu, ale nie zastanawiają się, jakie spowoduje konsekwencje - kwituje Szczerbowski.
Szybko zmieniające się zielone światło to pozostałość z czasów, kiedy wisiał wciąż zakaz skrętu w lewo i ruch był niewielki. Wronowski obiecuje, że MZUiM zajmie się sprawą. Zastrzega jednak, że to nie tylko przeprogramowanie sygnalizatorów. - Najpierw trzeba zbadać natężenie ruchu, a potem przygotować projekt nowej organizacji. To minimum kilka tygodni i kilkanaście tysięcy złotych - dodaje.
- W ten sposób jadąc najpierw Sądową, a później ulicą Goeppert-Mayer, skraca się drogę i omija korki, które tworzą się na placu Wolności. To nie tylko moje doświadczenie. Problem poruszyli też kierowcy podczas mojego dyżuru radnego - mówi Marek Szczerbowski, katowicki samorządowiec, który zwrócił się do magistratu z interpelacją w tej sprawie.
Szczerbowskiemu wreszcie udało się wywalczyć usunięcie znaku, który zniknął kilka tygodni temu. Wreszcie, bo z początku drogowcy twierdzili, że takie rozwiązanie może wprowadzić chaos.
- Na początku kiedy trwały prace ziemne ruch ciężarówek wyjeżdżających z budowy był bardzo duży, dlatego baliśmy się, że puszczenie tutaj dodatkowego ruchu może zatarasować ulicę. Teraz ciężarówek jest mniej i wspólnie z budowniczymi galerii handlowej ustaliliśmy, że inne samochody nie będą przeszkadzały - wyjaśnia Konrad Wronowski, zastępca dyrektora Miejskiego Zarządu Ulic i Mostów w Katowicach.
Kierowcy przyznają, że w godzinach szczytu to duże ułatwienie, które kończy się jednak kilkaset metrów dalej na skrzyżowaniu Goeppert-Mayer. - Na razie ruch jest nieduży, ale wystarczy kolejka dwóch samochodów i już trzeba odstać kolejną zmianę świateł. Zielone włącza się tylko na kilka sekund i trzeba mieć refleks rajdowca, żeby zdążyć. Ostatnio krew mnie mało nie zalała, stało sześć aut i załapałem się dopiero na trzecią zmianę świateł - denerwuje się Patryk Skiścim, jeden z naszych czytelników.
Policzyliśmy i zielone rzeczywiście zapala się na 5 sekund. W tym czasie w najlepszym razie przejadą trzy samochody, ostatni już łamiąc przepisy, na czerwonym. - To częsta przypadłość naszych urzędników. Wprowadzają zmianę w jednym miejscu, ale nie zastanawiają się, jakie spowoduje konsekwencje - kwituje Szczerbowski.
Szybko zmieniające się zielone światło to pozostałość z czasów, kiedy wisiał wciąż zakaz skrętu w lewo i ruch był niewielki. Wronowski obiecuje, że MZUiM zajmie się sprawą. Zastrzega jednak, że to nie tylko przeprogramowanie sygnalizatorów. - Najpierw trzeba zbadać natężenie ruchu, a potem przygotować projekt nowej organizacji. To minimum kilka tygodni i kilkanaście tysięcy złotych - dodaje.







