- To jakiś absurd. Kupiłam bilet dzień wcześniej. Nawet nie dlatego, żeby nie musieć wcześniej przychodzić na dworzec, ale po prostu kasy PKS są w weekendy nieczynne. A ja chciałam mieć pewność, że jednak pojadę o tej godzinie. Tymczasem przyszłam o czasie, przecież autobus nie odjeżdżał, nie spóźniłam się. A kierowca mi mówi, że na moje miejsce już jest inny pasażer. I poucza mnie, że na autobus to się przychodzi wcześniej. Potem zamknął drzwi i pojechał. A ja zostałam sama na dworcu. Dyspozytor ruchu zrobił mi na bilecie z miejscówką adnotację "Brak miejsc". Przecież to jakiś obłęd. Zastanawiam się, w jakim kraju my żyjemy - opowiada czytelniczka "Gazety". Zastanawia się, co w takim razie powinna w tym momencie zrobić. Czy potulnie czekać na następny kurs i być spóźnioną w Szczecinie, czy też brać taksówkę na koszt gorzowskiego PKS-u?
W poszukiwaniu odpowiedzi "Gazeta" zadzwoniła do kierownika dworca Tadeusza Kowalskiego. - Ta pani musiała pojawić się kilka chwil przed odjazdem autobusu. Gdy kierowca widzi, że jest minuta czy dwie do odjazdu, a pasażera nie ma, to ma prawo sprzedać miejscówkę. Ta pani ma kilka opcji, może złożyć skargę, którą my rozpatrzymy. Powinna przyjść z niewykorzystanym biletem na dworzec. Dostanie zwrot pieniędzy. Jeżeli nie byłoby już późniejszego kursu do Szczecina, wtedy pasażerka ma prawo wziąć taksówkę na koszt gorzowskiego PKS-u lub innego środka transportu - odpowiada szef dworca. - Podkreślam jednak, że pasażer ma takie prawo tylko w wypadku, kiedy nie ma już późniejszych kursów. Pani ta jednak miała tego dnia późniejszy kurs do Szczecina, więc nie przysługiwało jej prawo do taksówki na koszt PKS-u. Jeżeli ta pani zwróci się do nas, to na pewno ją przeprosimy za zaistniałą sytuację.
Pasażerka: - Czy to normalne? PKS sprzedaje mi bilet w piątek, a w sobotę na odwrocie na tym bilecie składa pieczątkę - brak miejsc. Ja pojawiłam się co najmniej 5 minut przed odjazdem autobusu. Kupiłam bilet z miejscówką, z dwudniowym wyprzedzeniem. Wynika z tego, że na jedno miejsce PKS sprzedał dwa bilety - dwukrotnie zyskał. Nie byłoby takich sytuacji, gdyby kasy były czynne w soboty i niedziele. Wtedy pasażerowie przed odjazdem wiedzieliby, że nie ma już biletów - więc nie pojadą. Teraz nawet mając bilet, człowiek nie jest pewien, czy pojedzie - mówi oburzona czytelniczka.
W poszukiwaniu odpowiedzi "Gazeta" zadzwoniła do kierownika dworca Tadeusza Kowalskiego. - Ta pani musiała pojawić się kilka chwil przed odjazdem autobusu. Gdy kierowca widzi, że jest minuta czy dwie do odjazdu, a pasażera nie ma, to ma prawo sprzedać miejscówkę. Ta pani ma kilka opcji, może złożyć skargę, którą my rozpatrzymy. Powinna przyjść z niewykorzystanym biletem na dworzec. Dostanie zwrot pieniędzy. Jeżeli nie byłoby już późniejszego kursu do Szczecina, wtedy pasażerka ma prawo wziąć taksówkę na koszt gorzowskiego PKS-u lub innego środka transportu - odpowiada szef dworca. - Podkreślam jednak, że pasażer ma takie prawo tylko w wypadku, kiedy nie ma już późniejszych kursów. Pani ta jednak miała tego dnia późniejszy kurs do Szczecina, więc nie przysługiwało jej prawo do taksówki na koszt PKS-u. Jeżeli ta pani zwróci się do nas, to na pewno ją przeprosimy za zaistniałą sytuację.
Pasażerka: - Czy to normalne? PKS sprzedaje mi bilet w piątek, a w sobotę na odwrocie na tym bilecie składa pieczątkę - brak miejsc. Ja pojawiłam się co najmniej 5 minut przed odjazdem autobusu. Kupiłam bilet z miejscówką, z dwudniowym wyprzedzeniem. Wynika z tego, że na jedno miejsce PKS sprzedał dwa bilety - dwukrotnie zyskał. Nie byłoby takich sytuacji, gdyby kasy były czynne w soboty i niedziele. Wtedy pasażerowie przed odjazdem wiedzieliby, że nie ma już biletów - więc nie pojadą. Teraz nawet mając bilet, człowiek nie jest pewien, czy pojedzie - mówi oburzona czytelniczka.







